Mikołaj Łoziński

Stramer

Myśląc o nowej powieści Mikołaja Łozińskiego, Stramer, chciałoby się przywołać popularny cytat z serialu Zmiennicy. „To taka życiowa powieść”. W przeciwieństwie do kultowego serialu, w tym przypadku będzie to stwierdzenie jak najbardziej na serio i zasłużone.

Stramer opowiada o losach żydowskiej rodziny o takim właśnie nazwisku. Akcja powieści rozgrywa się głównie w Tarnowie, w okresie między pierwszą a drugą wojną światową. Przyglądamy się ich życiu przez kilkanaście lat, które prowadzą Stramerów od względnej sielanki do Holokaustu.

Jest to opowieść o rodzinie i pięknie codzienności, które tak często lekceważymy. Rodzina Stramerów jest tak pięknie zwyczajna, że z łatwością dopasujemy jej kontury do swojej własnej familii. Doskonały w swojej niedoskonałości Nathan, głowa rodziny, którą kręci żona, Rywka. Kobieta wyjątkowo cierpliwa i spokojna. Swoje marzenia i ambicje odłożyła na bok, by realizować się jako żona, matka i gospodyni. I wreszcie gromadka dzieci w różnym wieku. Ich przekomarzania się, zabawy, szkolne problemy, czy pierwsze zauroczenia przypominają to, czego sami mogliśmy doświadczyć.

Lata mijają, dzieci dorastają, ale Stramerowie nie poddają się korozji, jaka dotyka wszystkie rodziny świata. Życiowe wybory, porażki i wygrane, czy tysiące kilometrów oddzielających od bliskich osób nie są w stanie poluzować łączących ich więzi. Rozbijają się dopiero o skałę, jaką jest wojna.

Od początku lektury Streamera mamy świadomość tego, jaki koniec czeka bohaterów. Nie jest to jednak powieść o Holokauście i antysemityzmie, do jakich przywykliśmy. Jedno i drugie jest obecne w książce, ale przedstawione w dosyć nietypowy, oryginalny sposób.

Pisząc o prześladowaniach, Mikołaj Łoziński unika opowiadania o pogromach. Skupia się na drobnych rzeczach, często niezauważalnych, jak złośliwości prawione przez nauczycieli, dyskryminacja w pracy, obrzydliwe wierszyki czy zakaz wstępu do lokalu. Łatwo je zbagatelizować, gdy występują pojedynczo. Zebrane do kupy stają się prawdziwym problemem.

Do tych niełatwych wątków z naszej wspólnej przeszłości, autor podchodzi z dystansem. Pisze też o prześladowaniach i braku tolerancji, niemożliwości porozumienie się, które niszczą żydowską społeczność od środka. Jeden z bohaterów stwierdza w którymś momencie, że to właśnie przez to są tak źle postrzegani.

Holokaust jest tutaj sprawą niemalże jednostkową. Dotyka przede wszystkim konkretnego człowieka i jego rodziny, a dopiero potem narodów i milionów ofiar. Nawet gdy jest już bardzo źle, zwłaszcza w finałowej, dramatycznej scenie, ma się wrażenie, że bohaterowie powieści uczestniczą w tych wydarzeniach jedynie na pół gwizdka. Wciąż ważniejsze są osobiste tragedie i bezpieczeństwo bliskich, niż fakt, że właśnie idzie się na śmierć.

Mikołaj Łoziński pisze lekko i, wydawałoby się, bez jakichkolwiek emocji. Nic bardziej mylącego. Znajdziemy je tu wciśnięte miedzy zdania albo ukryte za jakimś konkretnym słowem. Jeśli zaufamy autorowi i pozwolimy, by poprowadził nas przez opowiadaną historię, z pewnością odkryje je wszystkie.

Wydawnictwo Literackie, 2019


(Visited 69 times, 1 visits today)