Sigríður Hagalín Björnsdóttir

Święte słowo

Najnowsza powieść islandzkiej pisarki, Sigríður Hagalín Björnsdóttir, zapowiada się wybornie. Niezwykła rodzina i dwoje dzieci, rodzeństwo, stanowiących swoje całkowite przeciwieństwo. Jak Yin i Yang. Jednocześnie połączonych bardzo silną więzią emocjonalną, niemal jak jeden organizm. Do tego jakaś tajemnica związana ze słowem pisanym i czytaniem, magiczna Islandia i Nowy York. Aż chce się czytać.

Jednak, gdy wejdziemy już w tę historię, nie jest tak pięknie. Sigríður Hagalín Björnsdóttir, jak na Islandkę przystało, pisze w dosyć surowym, prostym, ale ciekawym stylu. W jej prozie dominuje zwięzłości i szorstkość. Brakuje też literackich ozdobników. Święte słowo jest więc dobrą pożywką dla wyobraźni, gdyż bez niej nie da się przebrnąć przez tę powieść. Większość tego, co widzimy podczas lektury, to wytwory naszej własnej wyobraźni. Im bardziej kreatywnej, tym lepiej.

Akcja Świętego słowa jest bardzo rozwleczona. Przez długi czas niemal nic się nie dzieje. Einar szuka zaginionej siostry, ale nie bardzo wie, jak się do tego zabrać. Nagle, prawie że przypadkiem, trafia na jakiś ślad, a to prowadzi do bardzo szybkiego rozwiązania zagadki zaginięcia siostry i faktycznego zakończenia powieści. Zakończenia niby otwartego, pozwalającego czytelnikowi na wymyślanie swoich własnych ciągów dalszych, ale zniechęcającego do kontynuowania tej historii.

Początkowo intrygująca fabuła okazuje się typową, współczesną powieścią, której autorka, coś, gdzieś słyszała, przeczytała, i koniecznie chciała o tym napisać, choć nie do końca się jeszcze w sprawie orientowała. Autorka porusza problem hiperleksji i dysleksji, ale od razu widać, że niewiele wie na ten temat. W dodatku łączy go z absurdalną, spiskową teorią dziejów, według której umiejętność pisania, a w szczególności czytania, jest szkodliwym wynaturzeniem.

Hagalin wplata w to jeszcze klasycznych filozofów i myślicieli, podpierając się powszechnie znaną i błędną informacją o wynalezieniu druku przez Gutenberga. Jeśli już sięgać tak daleko w przeszłość, to czemu nie wspomnieć o spaleniu Biblioteki Aleksandryjskiej, co było wielką stratą dla nauki i kultury. Stratą, która mogła położyć kres cywilizowanemu światu. Czemu nie zgłębić historii książki i druku, przekonując się, że za ten wiekopomny wynalazek odpowiadają Chińczycy. Czemu też nie pójść jeszcze dalej, do rękopisów, inkunabułów, zwojów pergaminowych, papirusowych, glinianych tabliczek z pismem klinowym, kipu czy rysunków naskalnych?

Bo wtedy osnowa powieści traci jakikolwiek sens, w zderzeniu z jak najbardziej racjonalnym stwierdzeniem. Potrzeba utrwalania w materialnej postaci własnych i cudzych przeżyć, towarzyszy ludziom praktycznie od samego początku istnienia Homo Sapiens, a nawet dłużej.
Bieżące wydarzenia są przerywane retrospekcjami. Opowieścią o tym, jak poznały się obie matki i jak zostali poczęci Edda i Einar. Zabieg mający dodać autentyczności bohaterom, nie do końca udany. Wszyscy bez wyjątku, nawet trzecioplanowi bohaterowie, są szalenie stereotypowi i w najlepszym razie dwuwymiarowi. Ich perypetie nie wzbudzają w czytelniku żadnych emocji, nawet wewnętrzny monolog matki Einara, częściowo sparaliżowanej i niemej po wylewie. Najbardziej oderwanym od reszty powieści, jest wątek, całe szczęście poboczny, ojca pary głównych bohaterów i jego nielegalnego biznesu.

Sam pomył pisania o tym, że pisanie i czytanie jest szkodliwe, oraz o próbie pozbawienia ludzkości tego daru, jest dość kuriozalny. Autorka nie poradziła sobie z nim, idąc po linii najmniejszego oporu, nawet główną intrygę, traktując bardzo po macoszemu. Święte słowo jest literackim gulaszem, do którego powrzucano to, co nawinęło się pod rękę, i zapomniano posolić oraz dosypać pieprzu i innych przypraw.

Wydawnictwo Literackie, 2020


(Visited 103 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.