Sześć książek non fiction, które miały wpływ na moje życie

Sześć książek, które zajmują w mojej bibliotece szczególne miejsce. Nie tylko ze względu na treści w nich zawarte, choć pod tym względem są to dzieła wyjątkowe, ale też, a może przede wszystkim na emocje jakie we mnie obudziły. To właśnie dzięki nim, kiedyś niechętny gatunkom niebeletrystycznym, dziś sięgam po nie z przyjemnością. Zmiany następowały oczywiście stopniowo. Była to reakcja łańcuchowa. Jeden tytuł pociągał za sobą kolejny. Wciąż uczę się obcować z literaturą non fiction, i nie jest to łatwa nauka. Popełniam błędy, obrywam, ale się nie poddaję, i powolutku dochodzimy do porozumienia.

1.Barbara Włodarczyk „Nie ma jednej Rosji”

Autorkę znałem już wcześniej, zanim ukazała się ta książka. Oczywiście nie osobiście, a z programu telewizyjnego, w którym pokazywała współczesną Rosję, wędrując po tym ogromny kraju z kamerą i mikrofonem. Już wtedy jej reportaże przykuwały moją uwagę, ale nie na tyle bym z zapartym tchem śledził kolejne odcinki. Dopiero książka to zmieniła. Wspaniała, wstrząsająca lektura. Włodarczyk ukazuje Rosję nie tylko swoimi oczami, ale też oczami współczesnych jej mieszkańców. Choć autorka daleka jest od oceniania, to wielość obliczy ojczyzny Tołstoja, od umiarkowanie dobrych, po złe, jest przerażająca. Pokuszę się o porównanie tego zbioru reportaży do „Listów z Rosji”.

2. Ryszard Kapuściński „Cesarz”

To pierwszy reportaż Kapuścińskiego, po jaki sięgnąłem, i jednocześnie książka z gatunku non fiction, która jako pierwsza wiele namieszała w mojej czytelniczej edukacji. Należy do największych światowych bestsellerów literatury faktu, i nie tylko. To właśnie „Cesarz” był początkiem międzynarodowej kariery mistrza. Minęło wiele lat od jej premiery, ale  opowieść o Hajle Sellasje, jego dworzanach i Etiopii czasów jego rządów jest wciąż aktualna. Mechanizmy polityczne, służalczość, walka o względy i władzę  nie aż tak bardzo się od tego czasu zmieniły. Może nawet wciąż pozostają takie same.

3.Gustaw Herling-Gruziński „Inny świat”

Przyznaję że w liceum, gdy „Inny świat” był lekturą obowiązkową, nie przeczytałem jej w całości. Przekartkowany, potraktowany jak zupka w proszku, albo inny Fast food, byle tylko znaleźć właściwe fragmenty i przygotować się do matury, wrócił do mnie po latach. Akurat kończyłem studia. Byłem w trakcie pisania magisterki o literaturze japońskiej, i byłem nią śmiertelnie znudzony (jeśli coś kochacie, nie piszcie nigdy o tym żadnych prac około naukowych). Wtedy w moje ręce wpadł właśnie „Inny świat”. Stary, wymęczony przez moich braci i mnie, rozpadający się egzemplarz, z charakterystyczną okładką. Czarną, z biało-czerwonymi napisami. Po „Cesarzu” to druga przedstawicielka literatury faktu, która miała największy wpływ na moje czytelnicze preferencje. Po jej przeczytaniu długo chodziłem struty.

4.Esho Muraishi „Dyskretny urok Japonii”

Książka Esho Muraishi to bardziej zbiór esejów niż reportaży. Autor dość wnikliwie zagłębia się w temat japońskiej kultury u tradycji, nierzadko bawiąc czytelnika wybornym poczuciem humoru, albo porywając typowo japońską poetyką.  Pięknie napisane teksty, których jest aż 27, każdy po polsku i angielsku. To właśnie „Dyskretny urok Japonii” zaważył na tym, że wybrałem taki a nie inny temat pracy magisterskiej. Strącił z moich oczu klapki, na których wpisane było do tej pory manga, anime, ceremonia herbaciana, gejsza.

5. Barbara Rosiek „Pamiętnik narkomanki”

Obok „My dzieci z dworca Zoo” jest to jedna z dwóch kultowych lektur, jakie trafiły do wielu plecaków i toreb nastolatków w latach dziewięćdziesiątych. Przełomowa książka, która uratowała wiele istnień, być może także i moje. Przerażający zapis walki z nałogiem, która trwała piętnaście lat. Autorka, dziś uznana psycholog kliniczna, pisarka i poetka, pisała o sobie, i swoich przeżyciach. Nie wiem czy kiedykolwiek „Pamiętnik narkomanki” znalazł się na liście lektur szkolnych, ale powinien tam być, bez względu na to jakie zmiany w edukacji zachodzą.

6. Arturo Perez-Reverte „Terytorium Komanczów”

Prozy w wykonaniu Perez-Reverte nie trawię. Wydumane, wymuszone historie skutecznie zniechęciły mnie do tego pisarza. Podczas któregoś z kolej książkowych remanentów, natrafiłem na niewielkich rozmiarów książeczkę, o intrygującym tytule. Nazwisko autora od razu mnie odrzuciło, ale po „Terytorium Komanczów” sięgnęła moja mama. Jej bardzo pozytywna opinia na jej temat skłoniła mnie, by dać jednak szanse Atruro. I nie żałuję. Autor przez dwadzieścia lat był korespondentem wojennym. Na nie jednym froncie był, wiele widział i przeżył. Perez opowiada o wojnie jako takiej, bo jest ona jedna, bez względu na to gdzie się toczy, o swoich kolegach i koleżankach, dziennikarzach, operatorach, tłumaczach. Wspomina życie na krawędzi, pełne niebezpieczeństw i szalonych imprez. Zastanawia się czy w takich warunkach jest w ogóle miejsce dla etyki, tej ludzkiej, i zawodowej. Mocna książka. Do przeczytania na raz.

 


(Visited 817 times, 1 visits today)