Jurij Wynnyczuk

Tango śmierci

Czy możliwe jest napisanie powieści wiernie oddającej początki dwudziestego wieku? Niestety nie. Zresztą tak samo jest z każdą inną epoką. Kto by się nie podjął takiego zadania, przekaże książce pierwiastek siebie, swoje spojrzenie na świat. Ważne jest, by pozostać sobą i nikogo nie udawać.

Akcja Tanga śmierci rozgrywa się dwutorowo. Najpierw poznajemy kilkoro przyjaciół, chłopców, potem młodych mężczyzn z przedwojennego Lwowa. Żyd, grekokatolik i katolik. Lata dwudzieste i trzydzieste ubiegłego wieku. Lwów jest prawdziwą wielonarodowościową i wielokulturową metropolią. Zarówno w mieście, które znajdowało się wtedy w granicach Rzeczpospolitej, jak w powieści, pełno jest polskich śladów.

Jest kolorowo i zabawnie, nawet w dramatycznych i smutnych momentach. Trochę przaśnie, trochę wulgarnie i erotycznie. Scena, w której prowadzone jest śledztwo wśród pracowników pewnej instytucji, mające wskazać potencjalnego gwałciciela, poprzez macanie przez ofiarę narzędzia zbrodni u kolejnych podejrzanych, wydaje się bardzo znajoma. W innym znów fragmencie, gdy jeden z bohaterów podejmuje pracę w zakładzie pogrzebowym, prowadzonym przez Czecha, ma się wrażenie, że czytamy wręcz prozę Bohumiła Hrabala, a nie współczesnego, ukraińskiego pisarza. Takich hrabalowych naleciałości jest w Tangu śmierci sporo.

Powieści nie brakuje także pewnych podobieństw do innych autorów, na przykład Zafona. Gdy Wynnyczuk opisuje lwowską siedzibę Ossolineum, mroczne i tajemnicze miejsce, w którym można się zagubić między regałami pełnymi woluminów, czytelnik czuje się, jakby przeniesiono go do Barcelony i cmentarzyska książek. Czy jednak po to sięgamy po powieść nieznanego nam pisarza, by znaleźć w niej światy już przez nas odkryte?

Druga linia narracyjna rozpoczyna się gdzieś na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, w zupełnie innym już Lwowie. Postacią centralną jest młody naukowiec imieniem Jarosz, rozmiłowany w literaturze. W ogóle słowo pisane i literatura odgrywają bardzo ważną rolę w Tangu śmierci. Dzięki nim powieść miała szansę dołączyć do grona fantastycznych książek o książkach, ale tak się nie stało.

Kolejne lata życia Jarosza przelatują przed naszymi oczami. Bardzo szybko trafiamy do naszych czasów, gdy Jarosz jest już profesorem w średnim wieku, i prowadzi badania nad wymarłym językiem i jego literacką spuścizną. Początkowo wydaje się, że nic nie łączy zgranej paczki łobuziaków z dawnego Lwowa i profesora z przełomu wieków. Narracje te zaczynają się jednak zazębiać. Pojawiają się wątki kabalistyczne, dotyczące reinkarnacji, w dodatku wplecione w najtragiczniejszą historię ubiegłego wieku.

Tym samym Jurij Wynnyczuk wkroczył na bardzo grząski grunt i niestety nie poradził sobie z przeprawą. Autor, rocznik 1952, nie może pamiętać przedwojennego Lwowa i lat jego świetności. To, o czym pisze, zna zapewne z opowieści i przeczytanych książek. Świetnie odrobił pracę domową, ale w Tangu śmierci brakuje autentyczności, oryginalności i przede wszystkim samego Jurija Wynnyczuka. Przyjemna i mimo wszystko wciągająca lektura, nagle traci blask i nie jest już tak interesująca. Czyta się dalej siłą rozpędu, a to za mało, by zachwycić wyrobionego czytelnika.

Wydawnictwo KEW, 2018

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 264 times, 1 visits today)