Terry Pratchett

Panowie i Damy

Gdy miałem lat naście, należałem do grona miłośników twórczości Terrego Pratchetta. Zaczytywałem się pasjami w kolejnych częściach Świata Dysku, lub Dywanu, płacząc ze śmiechu i wprowadzając zapożyczone z kart powieści zwroty do życia codziennego. Nigdy nie przeczytałem wszystkich tomów, co nie należy do najłatwiejszych wyczynów, biorąc pod uwagę płodność autora. Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy z niejakim opóźnieniem odkryłem wznowienie serii.

Z zapałem sięgnąłem po aktualnie dostępny w kioskach tom, Panowie i damy. Nie powiem, lektura była całkiem przyjemna,  przynajmniej do pewnego momentu. Coś było nie tak. O co chodzi zrozumiałem dopiero w połowie książki. Zwariowany, przerysowany Świat Dysku nie bawił mnie już tak jak kiedyś. Ledwie jedna ze scen, gdy przyszła królowa Magrat zaczyna dygać do rytmu ze służącą, do niedawna jeszcze koleżanką z miasteczka, sprawiła że można się uśmiechnąć. Pozostałe przygody babci Weatherwax, Niani Ogg i jej krewniaków, oraz nadrektora Niewidocznego Uniwersytetu, słynnego bibliotekarza i kwestora, spływają po czytelniku jak woda po kamieniu.
Akcja Panów i dam rozpoczyna się w momencie powrotu babci, niani i Magrat z ich wielkiej wyprawy, która notabene jeszcze kilka lat temu bardzo mi się podobała. Magrat zaczyna przygotowania do ślubu z byłym błaznem, a obecnym królem Lancre, Verencem. Podczas nieobecności czarownic w okolicach zaszły pewne zmiany. Grono uczonych w szkołach (nauka to nic dobrego !) dziewcząt postanawia zostać czarownicami, a co za tym idzie odtańczyć wokół kamiennego kręgu taniec bez majtek. Kręgi zaczynają pojawiać się wszędzie, nawet na głowie Ridcullego, a taniec otwiera wrota między dyskiem a światem w którym żyją elfy. Nieprzyjemne, zarozumiałe i złe do szpiku kości istoty chcą zawładnąć królestwem.
Narracja toczy się ślamazarnie, co u czytelnika wywołuje niedobry zwyczaj odliczania ile jeszcze zostało stron do końca. Gdy niespodziewanie osiąga punkt kulminacyjny,  zaraz potem dobiega końca. Pratchett upchał w Panach i damach  zbyt dużą ilość bohaterów, którzy w większości snują się jako tło, nie niosąc ze sobą nawet elementu humorystycznego, a niektóre wątki, tak jak ten pomiędzy babcią i Ridcullym, i ich rzekomym młodzieńczym uczuciem, są sztuczne i całkowicie zbędne.
Powieści Terrego Pratchetta to nie wielka literatura. Oprócz rozrywki nie dają czytelnikowi nic poza tym. Tym razem była ona średnio udana. Nie można jednak napisać kilkudziesięciu powieści, pozostając niezmiennie w świetnej formie. Nieco zawiedziony, daję autorowi jeszcze jedną szansę.

(Visited 18 times, 1 visits today)