Tony Kososki

Nie każdy Brazylijczyk tańczy Sambę

Z Tonym Kososkim poznałem się osobiście podczas ostatniej edycji Równoleżnika Zero. Niczym niewyróżniający się chłopak już na wejściu zrobił sympatyczne wrażenie, właśnie tą swoją zwyczajnością. Zwariowany globtroter, który niczego się nie boi, a nawet jeśli, to ten lęk przezwycięża. Opowiadał o swojej podróży autostopem przez Bałkany. I tu już pojawił się pierwszy zgrzyt. Na prelekcji pojawiła się niewielka liczba słuchaczy, i zdenerwowany Tony w pierwszym odruchu zagroził że nie opowie o swojej podróży, co byłoby oznaką braku szacunku dla tych, którzy jednak przyszli. Prezentacja jednak się odbyła, i dziwię się że w jej trakcie nikt nie wyszedł. Tony mówił bardzo chaotycznie, a zdjęcia które pokazywał nie grzeszyły jakością, ani oryginalnością. Ewidentnie ktoś zapomniał się przygotować. Gdy zaproponowano mi zrecenzowanie jego pierwszej książki, pomyślałem że spróbuję dać mu jeszcze jedną szansę. Może tym razem mnie zaczaruje.

Nie każdy Brazylijczyk tańczy Sambę to zapis podróży po Ameryce Południowej. Wielka wyprawa rozpoczyna się jeszcze w Europie, dokładniej w Portugalii, podczas studenckiej wymiany. To właśnie tam Tony zaprzyjaźnia się z Brazylijczykami, i postanawia zwiedzić ich rodzimy kontynent. Zgłasza się jako wolontariusz przy Mundialu i zostaje wybrany. Kilkumiesięczna przygoda rozpoczyna się od Rio, gdzie Tony otrzymał przydział od FIFA. Autor zwiedził słynne miasto  wzdłuż i wszerz. Udał się nawet do straszliwych Faveli, skąd wyszedł bez szwanku, z nowymi znajomymi. Z Rio nasz podróżnik udał się w dalszą drogę przez Brazylię, Boliwię i Peru. Na tym kończy się książka, choć jak wskazuje dołączona mapka, Tony podróżował dalej.

W swój papierowy debiut Tony włożył bardzo dużo pracy. To widać na pierwszy rzut oka. Pisanie nie jest jego mocną stroną, ale wypada znacznie lepiej niż mówienie. Chociaż kilka warsztatowych potknięć bardzo razi, zwłaszcza czytelnika namiętnie pochłaniającego literaturę podróżniczą. Przez całą książkę powraca do tego samego tematu, czyli pieniędzy. Na samym początku autor wspomina o ograniczonym budżecie i konieczności oszczędzania, oraz udanych próbach targowania się, i to powinno wystarczyć. Tymczasem niemal w każdym podrozdziale, gdy dociera w nowe miejsce, znów zaczyna się ta sama śpiewka. Zupełnie niepotrzebne są fragmenty w których autor skupia się na oglądanych przez siebie meczach. Fani futbolu zapewne je widzieli, i pozazdrościć mogą jedynie tego że Tony oglądał je na żywo. Pozostali sięgną po Brazylijczyka by poczytać o egzotycznych miejscach, a nie emocjonujących zagrywkach na murawie. Zbędnych opowieści jest znacznie więcej, jak na przykład opisy problemów żołądkowych i posiedzeń w toalecie. Historia z puszczaniem bąków w autobusie i zdegustowanymi pasażerami była zabawna, ale ciut poniżej standardów literatury podróżniczej. Czyżby Tony miał jakiś fetysz na tym punkcie? Pojawiają się również zawirowania i wtrącenia, które wyprowadzają czytelnika na manowce. Gdy Tony pisze o łapaniu stopa w Boliwii, nagle wspomina o tym jak to samo robił w Bośni, i nie wiadomo już czy wraz z nim smażymy się pod Boliwijskim słońcem, czy topniejemy w upale gdzieś w okolicach Mostaru. Najbardziej jednak rażący jest potoczny, wręcz blokerski język. Z wszystkim „kolesiami” i „kumaniem”, momentami przypomina to relację zdawaną przez znajomego drugiemu znajomemu, przy czym co najmniej jeden z nich jest wstawiony, i obaj siedzą na trzepaku. Kilkakrotnie Tony przyznał się do braków wiedzy, która dla podróżnika jest elementarna. Jego zdziwienie że kawa rośnie w na krzewach i jest czerwona, albo wniosek z podróży że nie wszędzie na świecie jest tak jak w Polsce, są powalające. Warto by czasem poczytać innych piszących podróżników, albo rzucić okiem na ten czy inny program, aby takich wpadek w przyszłości unikać.

Mimo tych wszystkich wad, Brazylijczyka czyta się przyjemnie. Największym atutem książki są zdjęcia, tym razem na dużo wyższym poziomie. Przykuwają uwagę, a niektóre nawet zachwycają, i są w stanie przesłonić pozostałe niedociągnięcia. Po lekturze pozostaje pewien niedosyt, który jednak można zaspokoić w innych źródłach pisanych, papierowych i elektronicznych, oraz filmowych.

Za książkę dziękuję:

(Visited 69 times, 1 visits today)