Tove Ditlevsen

Trylogia kopenhaska

Trylogia kopenhaska jest bardzo osobistym wyznaniem kobiety, której życie zmieniło się w piekło uzależnienia, i to praktycznie na samym jego początku, gdy stawiała pierwsze kroki na ścieżce literackiej kariery. Napisana z dużym dystansem i na chłodno, trudna w odbiorze, ale też urzekająca delikatnością, szczerością, z jaką pisarka dzieli się z nami swoim życiem i niepowtarzalnym, trochę psychodelicznym klimatem.

Każda z części trylogii pierwotnie ukazała się osobno, w odstępach kilku, kilkunastu lat. I to widać. Gdy Tove Ditlevsen opowiada o swoim dzieciństwie, choć pisała tę część już jako osoba dorosła, borykająca się z różnymi problemami, jest rozbrajająco dziecięca, i po dziecięcemu odrobinę infantylna. Tove jest dziewczynką wrażliwą na otaczające ją piękno, tak kontrastujące z brzydotą środowiska, w którym przyszło jej dorastać. Po literackim świecie porusza się jeszcze niezgrabnie, a jej pierwsze wiersze są dalekie od ideału. Jednak Tove odczuwa naturalną, wewnętrzną potrzebę pisania, które jest dla niej ucieczką od twardego, nieprzyjaznego świata. Kolejne strony są pełne liryki i magi, które towarzyszą osobom o głębokim, bogatym życiu wewnętrznym.

Dość gwałtownie znika ona jednak w kolejnych częściach, gdy młoda pisarka dojrzewa i wkracza w dorosłe życie, gdy jej niedojrzałość zderza się twardą rzeczywistością. Rozpoczyna się kręta, wyboista droga, pełna mroku i bólu, która doprowadzi autorkę do samobójczej śmierci. Nastrój zmienia się. Pojawia się wszechobecne przygnębienie, poganiane przez psychozę i wyrzuty sumienia, jakie w Tove pozostawiają kolejne aborcje. Autorka nie pisze o tym zbyt wiele, ale te kilka zdań, w których wspomina o towarzyszących jej cieniach nieobecnych dzieci, wystarczą, by zrozumieć, jak bardzo odbiło się to na jej psychice i prawdopodobnie było motorem postępującego uzależnienia od leków.

Opowiadając o swoim życiu, Tove Ditlevsen przedstawia uniwersalną historię upadku, tym dotkliwszego, że przytrafił się w drodze na upragniony szczyt. Tove jest bliska osiągnięcia celu. Staje się znaną pisarką, ale jej życie prywatne jest totalną katastrofą. Chcąc połączyć uznanie, karierę ze zwyczajnym życiem rodzinnym, chwyciła zbyt wiele srok za ogon, gubiąc się gdzieś po drodze. Okazała się zbyt słabą, by temu sprostać. Autorka wydaje się też świadomie zamykać na to co ją otacza, jest osobą, dla której poza pisaniem niewiele interesuje. Zafascynowana mętnym światkiem kopenhaskiej śmietanki artystycznej, zapomina o tym, że bycie pisarzem wymaga zainteresowania światem.

Czytając o życiowej klęsce, jaką poniosła Ditlevsen, warto zastanowić się nad istnieniem przeznaczenia. Skąd się ono bierze? Czy ktoś wywodzący się z nizin społecznych, mający zdecydowanie bardziej pod górkę, ma szansę zmienić swoje życie, uciec od stagnacji i tego co ciągnie w dół? Oczywiście, że tak. Ucieczka przed przeznaczeniem, piętnem urodzenia, to jednak bardzo karkołomny wyczyn, ciężka praca, z którą Tove nie do końca sobie poradziła. Choć to nie tylko jej wina. Otaczali ją słabi mężczyźni, gotowi żerować na młodej, niedoświadczonej dziewczynie, a także kobiety, które nie były dobrym wzorcem do naśladowania.

Książka była pisana najprawdopodobniej w celach autoterapii, i skupia się głównie na samej pisarce, jej problemach, rozterkach. Zbyt skromny jest natomiast opis kopenhaskiej bohemy artystycznej, życia pod niemiecką okupacją Danii, a także środowiska robotników, bezrobotnych alkoholików, zamieszkujących najbiedniejsze dzielnice Kopenhagi. Już tylko dzięki tym fragmentom, w których Ditlevsen wychodzi poza swoją własną bańkę, zarysowuje się ciekawy obraz tych kilku warstw duńskiego społeczeństwa pierwszej połowy dwudziestego wieku. Pozostaje więc lekki niedosyt, który można zaspokoić, sięgając po inne książki duńskiej pisarki.

Wydawnictwo Czarne, 2021

(Visited 83 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.