Robert Rient

Duchy Jeremiego

Nowa powieść Roberta Rienta jest przeraźliwie smutna. Niemal od pierwszej strony, po ostatnią kropkę nie daje sercu czytelnika odpocząć. Choć nie jest to literatura sensacyjna, czytając Duchy Jeremiego, trudno złapać oddech, i nie sposób się od niej oderwać, pomimo, a może właśnie przez ten wszechobecny smutek.

Wydawać by się mogło, że mamy na co dzień tego smutku aż nadto, bo kiepska praca, długi, choroba, czy tysiąc innych problemów. Na dobrą sprawę jednak  nie zauważamy tego, tak jesteśmy zagonieni. A smutek, tak jak i radość, należy przeżyć, gdyż oba te uczucia są nam potrzebne do prawidłowego funkcjonowania. Przeplatają się, są od siebie zależne. Radość jeszcze można przeżywać w samotności, ale już smutku, żalu nie. Wtedy rodzi się rozpacz, a to nikomu nie służy. Jak ważna jest rola rodziny, bliskich, zwłaszcza w tych najtrudniejszych momentach, zwykła obecność,  o tym przeczytamy u Rienta.

Tytułowy Jeremi jest kilkunastoletnim chłopcem, wychowywanym przez matkę, który z dnia na dzień traci zaufanie do świata dorosłych.  Jest na tyle duży by zrozumieć wiele z tego co się wokoło dzieje, by na własną rękę próbować wzbogacić domowy budżet, by spróbować alkoholu i innych używek, a nawet prawie się zakochać. Jednocześnie wciąż pozostaje dzieckiem, dla którego mama dalej jest całym światem, choć broni się przed tym jak tylko może. I tej mamy niespodziewanie braknie. Zabiera ją choroba naszych czasów, pozostawiając Jeremiego przerażonego, osamotnionego, niedowierzającego. Chłopiec musi zmierzyć się nie tylko z odejściem najbliższej mu osoby, ale również z tragiczną przeszłością rodziny, i swoim pochodzeniem, a co gorsza z wyrzutami sumienia.

To właśnie one, te blizny sumienia, lub też tytułowe duchy, nie dają Jeremiemu spokoju, prowadząc do dramatycznego zakończenia powieści. Rient po mistrzowsku kreśli poturbowane emocje i strzaskane uczucia osoby, która właśnie kogoś straciła. Świat widziany oczami Jeremiego, jego złość na to że wschodzi słońce, kobieta robi zakupy, pociągi jeżdżą jak przedtem, a zupa jest smaczna, są idealnym odwzorowaniem próżni w jaką wkracza żałobnik.

Ważnymi elementami powieści są też  Żydzi, Holokaust, śmierć, która liczona nawet w milionach istnień, nigdy nie jest masową. Co ciekawe, Robert Rient nie porusza tematyki żydowskiej i drugiej wojny światowej, w modnym ostatnio ujęciu. Nie ma tu mowy o polskim antysemityzmie, a bohaterowie Duchów Jeremiego, będący Żydami, nie żywią niechęci do całego świata za to co im zgotował. To właśnie oni są poniekąd winni tego, co dzieje się z Jeremim, ukrywając przed nim rodzinną przeszłość. Najprawdopodobniej dzieciak nigdy by się o niczym nie dowiedział, gdyby nie choroba matki, i przeprowadzka do nielubianego dziadka. Dla Rienta istotna jest też duchowość, wiara, nie tylko w Boga chrześcijańskiego, ale przede wszystkim w to, że istnieje coś więcej niż tylko to tu i teraz.

Pewną trudność w lekturze Duchów Jeremiego sprawia konstrukcja powieści. To coś na kształt pamiętnika nastolatka, pisanego oczywiście językiem jakim mógłby posługiwać się dzisiejszy kilkunastolatek. Pod warunkiem że pochodziłby z dość konserwatywnej rodziny. Jest trochę zbyt grzeczny, ugładzony. Rozmowy między dwoma początkującymi, nastoletnimi dilerami i ich starszym patronem, przypominają bardziej sceny z filmów poglądowych, puszczanych na lekcjach wychowawczych. To jednak jedyny mankament książki, który w trakcie czytania przestaje być zauważalny.

Wielka Litera, 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

  • Żaneta Kowalska

    Zachęciło mnie do czytania. Tym bardziej, że temat żydowski, ale nie bezpośrednio związany z Holokaustem.