Behrouz Boochani

Tylko góry będą ci przyjaciółmi

Książka Boochaniego jest jak drzazga, która wchodzi pod skórę i tkwi tam zawzięcie. Jest nawet gorsza niż owa drzazga, gdyż jej można się w końcu pozbyć, a historia opisywana przez Behrouza zostaje na zawsze. Uwiera, kłuje, boli. Jak człowiek mógł zgotować drugiemu człowiekowi taki los? I to mając w pamięci nie jeden holokaust, a kilka, które w nowożytnych dziejach ludzkości miały miejsce.

Porównanie osadzenia w więzieniu dla nielegalnych imigrantów na wyspie Manus do holokaustu nie jest przesadą. Behrouz Boochani, tak jak setki innych uchodźców, którzy ratunku dla siebie szukali w Australii, został już na wstępie pozbawiony imienia i nazwiska. Zastąpiono je numerem, niczym w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Od tego momentu Behrouz stał się tylko cyferkami, w długim ciągu innych, podobnych do siebie, a to tylko pierwszy etap odczłowieczenia więźniów.

Tylko góry będą ci przyjaciółmi to utrwalony dla potomnych proces dehumanizacji i odbierania resztek godności człowieka. Więzienie, do którego trafił autor to skrupulatnie zaplanowana, skomplikowana maszyneria, która istotę ludzką miała zmienić w sponiewierany, bezwartościowy kawał mięsa. Behrouz kilkakrotnie właśnie w ten sposób o tym pisze i jest to całkowicie pozbawione afektacji. Jak inaczej można nazwać mężczyzn, którym nie tylko odmawia się prawa do posługiwania się własnymi imieniem, ale też zabrania się jakichkolwiek rozrywek, przetrzymuje w nieludzkich warunkach, zmusza do niekończącego się i upokarzającego wystawania w kolejkach po niezbędne do życia minimum, czy do załatwiania swoich fizjologicznych potrzeb w potwornym syfie, w towarzystwie dziesiątek innych więźniów? Chcąc uratować te resztki człowieczeństwa, które w nich pozostały, na podstawie obserwacji, zachowań swoich towarzyszy, sytuacji, w jakich się znaleźli, lub przywar, Boochani nadaje im własne imiona.

Książka ta, jej pisanie, była też dla Behrouza lekiem, ucieczką od koszmarnej rzeczywistości, ostatnią deską ratunku, pozwalającą ocalić umysł przed popadnięciem w szaleństwo. Pozwoliło mu odciąć się od więziennego życia, stać się na trochę obserwatorem, a nie więźniem. Boochani stara się zachować rzeczowość swojej opowieści o osadzonych na wyspie Manus, ale nie zawsze mu się to udaje. Momentami oddala się od tego wszystkiego zbyt mocno. Jego myśli wędrują ku wspomnieniom, dobrym chwilom z przeszłości, a czasami nawet, na przykład na tonącym statku, wyczerpany, gdy głodny i przerażony zapada w dziwny sen i majaczy o matce, bliskie są obłędowi. Typowo reporterski styl jest tu rzadkością. Częściej jest to coś na pograniczu prozy, liryki i poezji. Te tak odległe od siebie gatunki, tu współtworzą oryginalną całość. Zwłaszcza ta ostatnia jest jak najbardziej na miejscu, oddając dramat, beznadzieję i odrealnienie zamkniętych za płotem, poddanych nieustającej kontroli, uchodźców.

To, co przeszedł Behrouz, skłania go też do rozważań filozoficznych, dotyczących między innymi odwagi i śmierci. Gdy pisze o tym, że odwaga jest ściśle powiązana z nieroztropnością, a śmierć to śmierć, bez znaczenia, w jaki sposób do niej doszło, sprowadza się jedynie do zaprzestania bycia, trudno się z tym zgodzić. Należy jednak zrzucić to na karb ciężkich doświadczeń, którym był poddany.

Jedyne co tu nie pasuje, wręcz przeszkadza w lekturze, to trochę przegadany wstęp i posłowie autora angielskiego przekładu książki. Poznajemy sytuację twórczą, w której znalazł się Omida Tofighiana, gdy kolejne fragmenty tekstu otrzymywał poprzez WatsApp, w języku, którego nie znał. Była ona bardzo trudna dla tłumacza, niemogącego bezpośrednio kontaktować się z autorem. Wymagała ogromnego nakładu pracy, językowej biegłości i elastyczności na znacznie wyższym poziomie, niż w przypadku zwykłych tłumaczeń. Omid musiał też nawiązać współpracę z innymi osobami, które pomogły mu z tych kawałków przesyłanego tekstu złożyć książkę. Zupełnie niepotrzebnie jednak Omid opowiada o tym, jak wraz z tymi współpracownikami i samym Behrouzem, rozwodzili się nad tym jakie to piękne, fantastyczne i przerażające zarazem.

Tylko góry będą ci przyjaciółmi ma wielu autorów. Jednego głównego, Behrouza Boochaniego, tłumacza na angielski i jego współpracowników, a także genialnego jak zawsze Tomasza Gałązkę, który przekładając Góry na język polski, dokonał rzeczy równie trudnych, żeby nie napisać niemożliwych, oddając w ręce czytelników książkę jak najbliższą oryginałowi. Ukłony i brawa.

Książkowe Klimaty, 2021

(Visited 181 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.