Udoskonalanie klasyki

Przed kilkoma tygodniami Polska jak długa i szeroka, wrzała z oburzenia. Na Narodowe Czytanie przygotowano specjalną, uproszczoną wersję Przedwiośnia Żeromskiego. Zbrodnia, hańba, degrengolada i zubożanie społeczeństwa. A cała sprawa dotyczyła uproszczenia języka, który uznano za zbyt trudny dla dzisiejszego czytelnika. Nikt nie ingerował w treść, nie poprawiał po autorze, ani nie wymyślił dalszego ciągu powieści. Tymczasem takie rzeczy dzieją się notorycznie i nikt nie staje w obronie udoskonalanych dzieł.

Ostatnio najgłośniej jest o Ani z Zielonego Wzgórza, a dokładnie o serialu z platformy Netflix. Twórcy tej produkcji postanowili dodać do historii rudowłosej sieroty więcej realizmu, zmieniając przy tym fabułę. W serialu pojawiają się wątki homoseksualne, rzekomo obecne w powieści, tylko ukryte między wierszami. Lesbijką okazuje się ciotka Józefina. Po dokonaniu coming out, po drobnych perturbacjach zyskuje zrozumienie i akceptację, chociażby u swojej młodej krewniaczki, Diany. Jest jeszcze chłopiec gej i koniecznie czarnoskóry przyjaciel Gilberta, a on sam zaciąga się na statek do pracy. Pojawiają się także wątki emancypacji kobiet i feminizmu. Wszystko oczywiście niezgodnie z ówczesnymi realiami życia w Kanadzie, podległej Wielkiej Brytanii, gdzie homoseksualizm był karany jak przestępstwo, a tym bardziej życiem w małej, wiejskiej społeczności w drugiej połowie dziewiętnastego wieku.

źródło Netflix

Podobno produkcja ta miała odrzeć Anię z infantylności i czułostkowości, czyniąc ją bardziej prawdziwą. Czytając pamiętniki pisarki i jej biografię, wiemy jednak, że Montgomery nie miała łatwego życia. Smutne dzieciństwo zaowocowało depresją, nieszczęśliwe małżeństwo z rozsądku tylko ją pogłębiło. Pisanie takich ckliwych, ciepłych, ale i niepozbawionych problematyki społecznej powieści, było więc dla niej rodzajem terapii. Gdy współcześni pisarze robią to samo, zbierają gratulacje i laury, a ich książki stają się bestsellerami, i nikt nie wspomina nawet o tym, że należy je oczyścić z ckliwości i infantylizmu.

Twórczość L.M. Montgomery ma ogromnego pecha do uwspółcześniania. Poprzednia ekranizacja, również serialowa, z niezapomnianymi rolami Megan Follows, Colleen Dewhurst i Richarda Farnsworth, doczekała się kontynuacji. W nowych odcinkach akcja serialu rozgrywa się podczas pierwszej wojny światowej. Ania wciąż jest młodą narzeczoną Gilberta i trafia na front w Europie jako pielęgniarka. Tymczasem w powieści, w trakcie wojny, Ania była już starszą panią, a na front trafili jej dwaj synowie. Tu również pojawiają się nowi bohaterowie, których w książce nie było, w tym romans Ani z innym niż Gilbert mężczyzną. Na okładce jednego z wydań Ani z Zielonego Wzgórza pojawiła się blond dziewczynka, a wydawca tłumaczył się chęcią dotarcia do nowego pokolenia czytelników, którym łatwiej będzie się utożsamiać z ładną, zdrowo wyglądającą blondynką, niż wychudzonym rudzielcem. Poszatkowana i totalnie wywrócona do góry nogami została także Emilka z Księżycowego Nowiu. W ekranizacji jedna z ciotek trafia do zakładu psychiatrycznego, druga ginie na morzu podczas sztormu, pojawia się trzecia ciotka, daleka krewna, a niektóre sceny, zwłaszcza te w szpitalu, przypominają bardziej Nędzników niż Wyspę Księcia Edwarda.

 

 

 

Okrutnie potraktowano także inny klasyk, Przeminęło z wiatrem. Spadkobiercy Margaret Mitchell wyrazili zgodę na to by, Alexandra Ripley dopisała ciąg dalszy pod tytułem Scarlett. Kontynuacja najsłynniejszej powieści o wojnie secesyjnej została przeniesiona na ekrany telewizorów. Tytułowa bohaterka ani trochę nie przypomina Scarlett z Przeminęło z wiatrem. Jest prostacko bezczelna, za wszelką cenę stara się odzyskać Rhetta, który wciąż jest pod jej urokiem, ale udaje, że jest inaczej. Scarlett jedzie do Irlandii, w rodzinne strony jej przodków, gdzieś tam nawet pojawiają się czary… Podobne herezje wypisują także nasi rodzimi autorzy. Parę lat temu ukazała się powieść Lalki, będąca kryminałem, powieścią miłosną i historyczną, a także w pewnym stopniu kontynuacją Lalki Bolesława Prusa. Na jej kartach bohaterki, między innymi dosiadają płynnym okrakiem swoich kochanków, w dodatku na klatce schodowej i w pełnym rynsztunku gorsetów, fiszbin, wąskich spódnic do samej ziemi…

Poprawianie oryginału nie ominęło także jednej z najpiękniejszych książek, jakie dotychczas zostały napisane. Chodzi o Małego księcia i jubileuszowe wydanie z nowymi ilustracjami Pawła Pawlaka, znakomitego ilustratora książek dziecięcych. Taki klasyk zawsze będzie się nam kojarzyć z oryginalnymi rysunkami autora książki i jakakolwiek ingerencja w to, będzie wypadała blado. W tym konkretnym przypadku Książę wygląda, jakby miał wodogłowie, a nowe ilustracje pozbawiają Małego księcia baśniowości i delikatności oryginału. Jaka idea przyświecała wydawcy książki i rysownikowi? Trudno stwierdzić. Jeśli Exupéry sam stworzył grafikę do swojej książki, to żadna edycja, choćby i w dwusetną rocznicę pierwszego wydania, nie powinna ukazać się z innymi niż oryginale rysunkami. Wyobraźmy sobie Kubusia Puchatka Milne z kolorowymi Disneowyskimi obrazkami, zamiast uroczymi szkicami, Mikołajka ilustrowanego przez kogoś innego niż Sempé, albo Muminki narysowane nie przez Tove Jansson. W książkach tych ilustracje stanowią integralną część utworu. Stworzone są przez samych pisarzy, a ich zastępowanie nowymi równe jest usuwaniu fragmentów tekstu i dopisywaniu nowych. Czy to będą w dalszym ciągu te same książki?

Jaki jest sens ulepszania klasycznych dzieł literackich, czy też jakichkolwiek? Czy nie ma już żadnych świętości, nawet w postaci nienaruszalności utworu literackiego, którego autor już nie jest w stanie obronić? Czy za kilka lat, w celu uwspółcześnienia i trafienia do nowego typu odbiorcy, Pipi zacznie się bawić dronem, a zamiast małpki i zebry, będzie mieć słodką świnkę z Instagrama? Czy idąc dalej taką ścieżką, dotrzemy do momentu, w którym jak w 451 Stopniach Farenheita przetrwają tylko nieliczne tytuły w postaci kilkudziesięciu emotikon i umownych znaków? Pozwólmy klasyce być klasyką.


(Visited 86 times, 1 visits today)