Dawid Grosman

Wchodzi koń do baru

Wchodzi koń do baru, nowa powieść Dawida Grosmana, to pięknie pisana, soczysta proza, zatrzymująca uwagę czytelnika niemal do ostatniego słowa. A nie było to łatwe zadanie, gdyż powieść  nie jest pozbawiona odrobiny dziegdziu.

Grosman po mistrzowsku buduje napięcie, i prowadzi narrację. Bawi się z czytelnikiem, drażni i prowokuje, dokładnie tak samo jak jego bohater.  Kilkakrotnie, podczas lektury Wchodzi koń do baru, ma się ochotę zamknąć jej okładki, i nigdy więcej nie otwierać. Niemal w tym samym momencie autor kłania nam się w pas, i z szelmowskim uśmiechem skutecznie obłaskawia, zachęcając do dalszego czytania.

Gdyby porównać tę powieść do jakiegoś przedmiotu, idealną byłaby szklanka. Z początku pusta, powoli napełniana przez Grosmana. Zanim naczynie napełni się do końca, ciecz zaczyna drżeć, migotać, wrzeć, aż wreszcie gotować. W szklance rozpętuje się burza. Ba, mały, niszczycielski huragan.

Wspomniana już odrobina dziegdziu, to niestety sama opowiadana historia. Akcja toczy się w przeciągu kilku godzin, w jednym z lokali w miasteczku Netanja. Tego wieczora odbywa się w nim występ komika, na który przybyła spora publiczność. Widzowie są głodni rozrywki, dowcipnych opowieści i anegdot, dobrej zabawy. Spotyka ich jednak rozczarowanie. Podstarzały komik rozpoczyna swój stand up racząc gości ciężkimi, często niewybrednymi dowcipami. Nabija się z miejscowości, w której przebywają, z jej mieszkańców, nawet z samych gości. W swoje dykteryjki sporadycznie wplata kawałki swojego życia. Proporcja między kawałami a opowiadaniem o sobie powoli zmienia się na korzyść tego drugiego.  Stand up zmienia się w tragikomiczne, przytłaczające, przedstawienie. Aż dziw że publika wytrzymała tak długo, niemal do końca nie opuszczając lokalu? Jak to możliwe że manager pozwolił na to by tak potoczył się ten wieczór, nie ściągając komika ze sceny?

Nieszczęsny człowiek, stając u progu śmierci, najwyraźniej postanowił dokonać swego rodzaju spowiedzi. Trauma Holocaustu, mimo iż sam go nie doświadczył, towarzyszyła mu od urodzenia. Matka, której nie do koca jasne wojenne losy, zniszczyły psychikę, i surowy ojciec, trochę nieudacznik, przerzucili ciężar swoich koszmarów na barki dziecka. Chłopak, dodatkowo odrzucany przez rówieśników, będący ich ofiarą, czuł się za matkę odpowiedzialny. Chcą sprawić jej radość, pomóc zapomnieć, a także poradzić sobie z własnymi problemami, nieustannie pajacuje, obracając wszystko w żart, stając się wesołkiem, klaunem, potem komikiem. Ta rola wchodzi mu tak mocno w krew, że kończą swój występ-spowiedź, nie potrafi porzucić schematu typowego wieczoru z dowcipami.

Faktem jest że ta wiwisekcja była zamierzona. W tym celu bohater zaprasza na swój występ dawnego przyjaciela z czasów dzieciństwa, dziś emerytowanego sędziego. Choć komik nie chce się do tego przyznać, oczekuje od niego sprawiedliwego, surowego wyroku. Dowale nie planował jednak aż takiego uzewnętrzniania się. Niespodziewanie na widowni pojawia się kobieta z jego przeszłości, również związana z okresem wczesnej młodości. To ona właśnie jest zapałką, która podpala ląd. Bomba wybucha jednak zbyt wcześnie, i przez resztę powieści już tylko się tli.

Czy dobra literatura musi koniecznie być poświęcona traumie? Czy nie jest to przypadkiem pójście na łatwiznę? Bo przecież zajmująco pisać o traumie, jest znacznie łatwiej niż o zwyczajnej egzystencji. Nawet biorąc pod uwagę nieskończenie wielką ilość rzeczy, które mogą ją powodować, temat traumy już się wyczerpuje. Czytać zatem, czy nie czytać? Pomimo niesamowitego kunsztu pisarskiego, Wchodzi koń do baru nie trafi na półkę z napisem „lektury obowiązkowe”.

Świat Książki, 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: