Weronika Gogola

Po trochu

Po trochu Weroniki Gogoli to zbiór luźnych historii rodzinnych, i około rodzinnych, bowiem autorka dorastała w rodzinie pełnej prawdziwych, nieprawdziwych i przyszywanych cioć, wujków, babć, dziadków i kuzynów. Wszyscy się znali od wielu lat, i w mniejszej lub większej harmonii, podszytej ciepłymi uczuciami, żyli sobie od wielu dekad. Taki piękny rodzinny obrazek, jak marzenie. Skąd się zatem wzięło powiedzenie, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na fotografii?

Z wielką przyjemnością i jednocześnie z zazdrością słuchałem w dzieciństwie opowieści mojego wujostwa, jak to wszyscy z rodzinami mieszkali u dziadków, każde w innym pokoju. Ile było śmiechu i zabawy. Potem jednak, gdy rodzina nie słyszała, swoje trzy grosze dorzucał tata z mamą, którzy jako jedyni nie mieszkali tak na kupie, że było też sporo kłótni, wiele napięć i niemiłych sytuacji. U Gogoli tego nie ma. Czyżby jej rodzina była tą wzorcową, bezproblemową i bezkonfliktową? Trochę to nierealne.

Przyjmijmy jednak że pisarka to co mogło być złe w jej dzieciństwie i relacjach z bliskimi, zachowuje dla siebie. I chwała jej za to. Odrobina dulszczyzny przyda się każdemu. Dosyć już roztrząsania i rozbierania na drobne każdej, najmniejszej traumy, biegania po parku z rozwianym płaszczem i wypisanymi na ciele krzywdami okresu dorastania. Historie te, o cyckach i siusiakach, które cała rodzina odlewała z gipsu, setnie się przy tym bawiąc, o zabawach z sąsiadką i kuzynostwem, rodzinne legendy o długowieczności, czyta się bardzo przyjemnie. Mimo iż w każdym z opowiadań gości śmierć i smutek, to opowieści Gogoli wywołują uśmiech, cieplej się robi na sercu i lżej w duszy. A że czasem jakaś łza zawita, to tylko proza życia. Przecież bez smutku nie byłoby radości, i na odwrót.

Autorka snuje swoją opowieść od środka. Pisze potoczyście, przystępnym językiem. Rzuca imionami, pseudonimami, ksywami, nazwami miejscowości, tak jak gdyby czytelnik pochodził z tej samej wsi, ewentualnie z okolic, jak gdyby Weronika znała go od najmłodszych lat,  jak gdybyśmy byli jej znajomymi ze studiów, kumplami z imprezy na Krakowskim rynku. Dzięki temu lektura Po trochu staje się bardziej osobistym, intymnym przeżyciem. Dzierżąc w dłoni swój bagaż wspomnień i doświadczeń, Weronika wkracza w życie czytelnika, wyciągając z zakamarków zakurzone obrazki z przeszłości. Robi się trochę ckliwie, ale wciąż jest bardzo miło.

Dobrze jest przypomnieć sobie o szaleństwie związanym z kolorowymi karteczkami z notesów, którymi wymienialiśmy się na przerwach, o wymyślnych, niekiedy bardzo prostych, zabawach odwzorowujących nie do końca zrozumiałe elementy świata dorosłych, i zwariowane lata 90. Co poza tym? Jak czytamy na skrzydełku okładki, Po trochu to takie patchworkowe opowiadanie, w którym część historii usłyszeliśmy od babci, kawałek dorzuciła ciotka, tata dodał zakończenie, a kuzynka pozszywała to wszystko zabawnymi komentarzami. Po trochu to też historia strat, odchodzenia, kawałek po kawałku, osoba po osobie. Z każdą kolejną bliską osobą, która nagle znika, po trochu dojrzewamy.

Prozatorski debiut Weroniki Gogoli, to książka którą się przeczyta z autentyczną przyjemnością. Jeden i drugi się wzruszy, ktoś zapamięta jakiś fragment, ale raczej nie sięgnie po nią po raz drugi. Na razie zbyt wcześnie jest orzekać czy jesteśmy świadkami narodzin nowej literackiej gwiazdy. Po trochu to rozbłysk, znak, abyśmy uważnie przyglądali się poczynaniom Weroniki Gogoli.

Książkowe Klimaty 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 193 times, 1 visits today)