Yann Martel

Wysokie góry Portugalii

Są piosenkarze, artyści jednego przeboju, aktorzy jednej roli, i sportowcy jednego zwycięstwa. Są też autorzy, którzy napisali wspaniałą powieść, chwaloną, nominowaną, nagradzaną i wreszcie zekranizowaną. Pisarz pławi się w świetle reflektorów, jest zapraszany, szanowany i uznawany. Natchniony tym hałasem wokół swojej osoby, pisze kolejną, jeszcze lepszą książkę. Niektórzy jednak na fali popularności prześlizgują się jak surf er na desce, a nikt nie śmie powiedzieć na głos że pisarz jest nagi.

Najnowsza powieść Yanna Martela to w zasadzie trzy nowele, które łączą pewne elementy, przede wszystkim aura dziwactwa i absurdu. W pierwszej z nich, rozgrywającej się w początkach XX wieku, spotykamy młodego kustosza, bratanka bogatego stryja Martima, który niedawno przeżył tragedię. Zmarła jego ukochana, synek i ojciec. Mężczyzna popada w rozpacz, i zaczyna chodzić …. tyłem. Zły na Boga, postanawia wyruszyć w podróż w Wysokie Góry Portugalii, gdzie ma nadzieję odnaleźć tajemnicze dzieło sztuki, które pozwoli mu odegrać się na Stwórcy. W drogę rusza pożyczonym od krewnego automobilem. I w zasadzie cały czas jedzie, stając się centrum komicznych, częściej głupawych i  w ostateczności tragicznych wydarzeń. W drugiej noweli, akcja przenosi się o kilkadziesiąt lat do przodu. Jest sylwester 1938 roku. Do pełniącego nocny dyżur patologa przychodzi kobieta z walizką, w której skrywa ciało swojego męża. Kobieta pochodzi z Wysokich Gór Portugalii, i nakłania lekarza do zrobienia sekcji męża. Sekcji bardzo nietypowej, wręcz absurdalnej, kompletnie niemożliwej, budzącej pewne skojarzenia z sennymi koszmarami w serialu „Królestwo”. W trzeciej, zamykającej opowieści bohaterem jest stary kanadyjski senator, który po śmierci żony adoptuje szympansa, i wraz z nim wyjeżdża do Portugalii, oczywiście do Wysokich Gór Portugalii, skąd pochodzili jego rodzice.

Co łączy te trzy historie poza miejscem akcji? Większość bohaterów jest w jakiś sposób ze sobą powiązana, albo przez pokrewieństwo, albo poprzez los. Wszystkich w jakimś stopniu dotyka śmierć, rozpacz i zatracenie się w braku. Bardzo to odkrywcze, w końcu każdego z nas czeka ostatecznie zanik funkcji życiowych. Już nie tak oczywista jest rozpacz po utracie kogoś bliskiego, której nie każdy się poddaje, nie w takim samym stopniu, którą to rozpacz każdy przezywa na swój sposób. W każdym bądź razie nie jest ona niczym dobrym. Hołubiona prowadzi do szaleństwa, destrukcji, unicestwienia żałobnika. Tutaj Yann Martel również nie przekazał nam nic nowego. Kto  choć raz został pochłonięty przez te straszliwe emocje, dobrze wiem do czego mogą doprowadzić. Co dalej? Powrót do natury, a przynajmniej próba podejścia jak najbliżej, złapania oddechu, wyciszenia się, złapania luźniejszego, swobodniejszego rytmu. Wręcz pochwała prostego życia, po trosze w zgodzie z Bogiem, po trosze nie. Jak w setkach innych powieści. Przyjaźń z małpą, która okazuje się bardziej ludzka niż ludzie? To też już było, choć ten wątek akurat okazuje się być najciekawszym i najsympatyczniejszym w całej książce.

Yann Martel próbuje ugrać coś jeszcze na oryginalności, wplatając w swoje niewyszukane historie filozoficzne rozmyślania na temat cierpienia, samotności i Boga. Niektóre ze zwrotów, i pół spojrzeń, jak ćma przysiadająca na duszy, czy porównanie momentu zwrotnego w życiu do kropki zamykającej długie, wypełnione trudnymi słowami, wielokrotnie złożone zdanie, zapadają w pamięć. Reszta jednak nuży, trochę śmieszy, a najbardziej irytuje. Na moment można dać się oszukać autorowi, gdy ustami żony patologa porównuje ewangelie do prozy Agaty Christi, a Jezusa Chrystusa i jego śmierć na krzyżu do zbrodni popełnianych w słynnych kryminałach, i wreszcie do niej samej, Chrystus – Christi. Po chwili jednak czytelnik uświadamia sobie jak idiotycznie to brzmi. Kłania się niedorzecznie głupia powieść Dana Browna, w której po współczesnym Paryżu, niczego nieświadoma wędrowała sobie prapraprapra wnuczka Syna Bożego i Marii Magdaleny. Szympans ukrzyżowany jako Jezus,  symbol  olśnienia, które spłynęło na misjonarza, i w efekcie uświadomiło mu że ludzie nie są upadłymi aniołami, tylko małpami które się wzniosły, i biały człowiek niczym nie różni się od czarnego dosłownie rozbraja swoją naiwnością. Oprócz tych wydumanych pomysłów pisarza, które nie wiadomo ku czemu mają prowadzić, bo rozbawienie czytelnika chyba nie było ostatecznym zamiarem Martela, mamy jeszcze w Wysokich Górach Portugalii dość obrzydliwy opis sekcji zwłok i komiczne w założeniu pisarza przygody Tomasa, które zamiast śmiechu budzą złość na głupotę bohatera.

Wysokie Góry Portugalii to powieść przegadana jak mało która. Przegadana po pijaku, bo takie w większości są wizje zrodzone w głowie kanadyjskiego pisarza, godne najtwardszego kloszarda, w pełni zrozumiałe tylko dla pijaka i jego towarzyszy do kieliszka. Jedyną jej zaletą jest lekkość i łatwość czytania, nawet w tych irytująco głupich fragmentach.

Wydawnictwo Albatros, 2017


(Visited 137 times, 1 visits today)