Klasyka nam nie umyka

Sándor Márai

Żar

Powieść węgierskiego pisarza i dziennikarza, Sándora Márai, jest jedną z tych kultowych. Zachwycają się nią głowy państw, przedstawiciele mediów, a także zwykły czytelnik. To właśnie opinia tych ostatnich powinna być dla nas zachętą do sięgnięcia po tę siedemdziesięcioletnią powieść. Ale czy aby na pewno?

Pewnego popołudnia, stary, samotny, zmęczony życiem Henryk, emerytowany generał, wracając ze spaceru otrzymuje list od dawnego znajomego, w którym ten informuje o swoim pobycie w okolicy. Generał wysyła po znajomego powóz, a swojej starej niani, od lat pełniącej rolę gospodyni w pałacu, każe przygotować kolację, dokładnie w taki sam sposób jak 41 lat temu, gdy tajemniczy gość był w odwiedzinach po raz ostatni. Owym gościem okazuje się być Konrad, przyjaciel z dzieciństwa, a niemal półwieczna nieobecność to efekt dramatu, jaki rozegrał się kilka dekad temu. Przyjaciół poróżniła kobieta, żona generała, kochanka jego gościa.

Banalna historia rozłamu między przyjaciółmi, wywołana przez kobietę oraz nierówności społeczne, nie jest atutem powieści. W tym temacie Sándor Márai nie wniósł nic nowego, bo i szalenie trudno byłoby tego dokonać. Pieniądze, kobieta, zdrad, ucieczka, niemal dezercja, następujące po tym wieloletnie milczenie między kochającym kobietę mężczyzną, i kobietą która została nie z własnej woli.

O wszystkim dowiadujemy się z monologu generała, który podczas kolacji z dawnym przyjacielem, stawia go pod ścianą, i, niczym pluton egzekucyjny, wystrzeliwuje w niego słowa. Początkowo powoli, krążąc wokół swojej ofiary i właściwego tematu, dając gościowi szansę uchylić się, obronić. Z każdą minutą tego niekończącego się wieczora, potem nocy, wreszcie świtu, generał staje się coraz bardziej natarczywy, a gość coraz bardziej pasywny. Henryk wyrzuca z siebie wszystko to co nagromadziło się przez cztery dekady samotności. Jego mowa zbacza chwilami z głównego tematu, puszy się i nadyma, by po chwili znów wrócić na właściwe tory. Dzięki tym zabiegom monolog, jak i cała książka, są odrobinę sztuczne, przegadane. Henryk kilkakrotnie powtarza że u kresu życia wszystko traci znaczenie, w tym także zdrada której dopuścili się Konrad i jego żona, Krystyna, i nie warto wykopywać trupów. Sam sobie jednak przeczy, bowiem owego trupa nigdy nie zakopał. Mało tego, rozdrapuje rany na jego ciele, pozwalając by wszystkie złe soki wypłynęły na zewnątrz, dzięki czemu w końcu osiąga spokój.

Czy Krystyna i Konrad faktycznie byli kochankami, tego nie wiemy na sto procent. Pewne fakty na to wskazują, ale może to być tylko nadinterpretacja Henryka. Tym bardziej że sam rzekomy winowajca nie potwierdza ani nie zaprzecza. Uznany w pewnym momencie za wiarołomnego przyjaciela, również nie jest nim tak do końca. Atakowany przez generała, niemal się nie broni. Fakt że zniknął na tyle lat, że wrócił, by przed ostatecznym rozstaniem się ze światem pożegnać także przyjaciela, świadczą o tym że naprawdę był mu przyjacielem. Prawdę zna tylko pamiętnik Krystyny, który tego wieczora znika w płomieniach.

Dużo ciekawsze od warstwy fabularnej są rozważania autora na temat emocji. Żar, takie krótkie słowo, bez większego znaczenia. Gdy jednak przyjrzymy mu się bliżej, patrząc przez te same szkła, którymi żar oglądał Sándor Márai, ujrzymy nieskończoną ilość barw, odcieni i znaczeń. Żar jako temperatura uczuć, stłumionych albo spalającej namiętności. Nadmiar miłości, która nie znajduje ujścia, i jej brak. Cierpienie i radość. Tęsknota za znikającym w mrokach historii światem ziemiańskim.

Zachwycające są fragmenty, w których autor opisuje rodzące się uczucie miedzy dwojgiem ludzi, bez względu na to czy jest nim przyjaźń czy miłość. Sporo uwagi Sándor Márai poświęca właśnie przyjaźni, porównując ją często do namiętności spalającej człowieka i jej obiekt. Tutaj jednak wkradają się pewne wypaczenia w jej, przyjaźni, postrzeganiu, może nawet trochę szowinistyczne. Według Sándora prawdziwa przyjaźń jest cenniejsza od miłości, i  może istnieć tylko między mężczyznami, a kobieta jest jej zawadą, chociaż to już może tylko nadinterpretacja.

Równie piękne są opisy tej niezwykłej pory dnia, kiedy to noc już dobiegła końca, a świt jeszcze nie nastał. To właśnie one, te żarliwe przemyślenia, kilka trafnych spostrzeżeń, ten sentyment do minionej epoki, i język, już współczesny, ale przyozdobiony uroczymi archaizmami, dodają prozie Sándora Márai coś takiego, co pozwala nam wytrwać w lekturze, mimo ogarniającego nas znużenia.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

 


(Visited 515 times, 1 visits today)