Anne B. Ragde

Ziemia kłamstw

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Tak mówi popularne powiedzenie. Jest w nim sporo racji, o czym większość z nas mogła się zapewne przekonać. Po tę nieco wyświechtaną już maksymę sięgnęła Anne Ragde w swojej powieści. Ziemia kłamstw opowiada o rodzinie w której nic nie jest na swoim miejscu.

Rodzina Neshov. Trzech synów i starzy rodzice. Najstarszy z dzieci, Tor, ma 56 lat, i prowadzi rodzinne gospodarstwo. Kolejny, Margido, jest właścicielem zakładu pogrzebowego. Najmłodszy, Erlend, mieszka w Kopenhadze, gdzie zarabia jako dekorator wystaw sklepowych. Matka i ojciec raczej za sobą nie przepadają. Zbliżają się święta. Dla rodziny Neshov raczej szare i ponure dni, niczym się nie wyróżniające z codzienności. Los jednak chciał że tegoroczne Boże Narodzenie będzie inne niż wszystkie dotychczasowe. Seniorka rodu, Anna, ciężko chora trafia do szpitala. Aby zobaczyć się z chorą matką, bracia spotykają się po raz pierwszy od wielu lat. Do Trondheim, gdzie toczy się akcja pierwszego tomu sagi, przyjeżdża nawet Torun, córka Tora, którą ten widział dotychczas raz w życiu. Każde z ich jest tak różne, że spotkanie tych czworga może zakończyć się jedynie katastrofą. Coś ich jednak łączy. Coś, co nie pozwala ostatecznie zerwać więzi,  choć wydawało się że miało to miejsce już dawno temu.

Ziemia kłamstw

Neshov to rodzina w której wydarzyło się coś złego, i niemal każdy jej członek uciekł gdzieś daleko, układając swoje życie osobno.  Nawet jeśli faktyczna odległość jest niewielka, jak w przypadku Margido, to faktycznie dzielą ich tysiące kilometrów niedobrych emocji, niewypowiedzianych słów i sekretów. Dzielą ich też osobowości i światopogląd. Torun jest nowoczesną kobietą, która próbuje być samowystarczalna. Erlend jest szczęśliwym, wyzwolonym gejem. Margido spokojnym, wycofanym samotnikiem. Tor zaś, stłamszonym przez matkę, niepewnym siebie, ograniczonym i zaściankowym chłopem. Jest jeszcze ojciec, żywy duch, który niczym się nie interesuje, nie podejmuje żadnej inicjatywy, i matka, czyli Anna, kobieta która z każdą kolejną stroną jawi się jako straszny, bezduszny człowiek. Pokuszę się nawet o stwierdzenie iż zajmujące w powieści dosyć istotne miejsce świnie z hodowli Tora, nie pojawiają się na kartach książki przez przypadek. Dwie lochy zabijają kilkoro ze swoich młodych, i podczas lektury nasuwa się porównanie z Anną, która w imię tak naprawdę nie wiadomo czego, skrzywdziła własne dzieci i wszystkich dookoła. Co prawda nikogo nie zabiła, ale zniszczyła, pogruchotała, zdemolowała kilka życiorysów.

Wielką zaletą Ziemi kłamstw jest kreacja bohaterów. Anna Ragde po mistrzowsku stworzyła postać Erlenda. Dosyć stereotypowego, rozchichotanego, nieco zbyt przegiętego geja z wielkiego miasta, którego głównym priorytetem jest życie w luksusie i przyjemności. Stereotypy są złe, i tyle się mówi o walce z nimi, ale ilu takich czy innych „stereotypowców” żyje wokół nas? Sztuką jest przedstawić kogoś takiego bez przerysowania, takim jakim jest. I to się Ragde udało.  Bardzo dobrze napisana jest również postać Tora, starzejącego się mężczyzny, mieszkającego z rodzicami, będącego wiecznie pod butem swojej matki. Tor nie ma własnego zdania, własnych opinii i spostrzeżeń. Od lat ciężko pracuje, ale dopiero ta nowa sytuacja, w której nikt nie zrobi rano śniadania, nie pozmywa i nie napali w piecu, zmusza go by zacząć uczyć się życia. Niestety reszta bohaterów wypada dosyć blado, a zwłaszcza córka Tora. Jej wątek jest tak oderwany od rzeczywistości, że w rezultacie psuje odbiór całości. Czy to normalne by dorosła kobieta, która widziała biologicznego ojca raz w życiu, i od tamtej pory ma z nim jedynie sporadyczny kontakt telefoniczny, rzuciła wszystko by pojechać zobaczyć się z umierającą krewną? Z kobietą której nigdy nie spotkała, która też nigdy jej, swojej wnuczki,  nie chciała poznać? Nagła troska i poświęcenie wobec Tora, jak by nie spojrzeć, obcego dla niej człowieka, również jest mocno naciągana.

Konstrukcja Ziemi kłamstw jest dość typowa dla tego typu historii. Kolejni członkowie skłóconej familii zjeżdżają do rodzinnego domu jeden po drugim, z przeświadczeniem że wpadli tylko na chwilę. Pojawiają się od dawna skrywane emocje, łzy, krzyki, nowe przyjaźnie. A przynajmniej tak powinno być według schematu znanego z innych opowieści o pojednaniu rodziny. U Ragde brakuje tej burzy emocjonalnej. Od początku do końca temperatura powieści utrzymuje się na poziomie 0, kilkakrotnie tylko nieznacznie przekraczając tę granicę.  I co właściwie trzyma ród Neshov w kupie? Bo jak dobrze wiemy, same więzy krwi często nie wystarczają. Tego się niestety nie dowiemy. Zakończenie pozostaje jako tako otwarte. Nie wiemy czy tej popękanej rodzinie uda się przetrwać i nawiązać nowe relacje. Bardzo dobre rozwiązanie fabuły, które spełniło się chociażby w filmie „Sierpień w hrabstwie Osage”. W połączeniu z letnią temperaturą prozy Anny Ragde, nie zdaje ono jednak egzaminu.

Ziemia kłamstw to początek czterotomowej sagi rodzinnej. Napisana lekko, sprawnie, jest bardzo przyjemna w lekturze. Porusza też ważny problem związany z posiadaniem rodziny. Czy lepiej gdy się ją ma, czy może łatwiej jest żyć bez korzeni? Czy w ogóle takie życie w oderwaniu od przeszłości jest możliwe? To jednak zbyt mało. Letnia temperatura powieści  i wspomniane już fabularne nagięcia, stawiają Ziemię kłamstw obok przeciętnych obyczajowych  książek i filmów z Fabryki Snów.

Smak Słowa, 2017

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 79 times, 1 visits today)