Dominika Słowik

Zimowla

Zimowla rozpoczyna się brawurowo, pokazem magicznych sztuczek w jednej ze szkół podstawowych w niewielkiej miejscowości, leżącej w Dolinie Zmornickiej. Zwłaszcza jeden trick, przecinanie na pół skrzyni z uwięzionym w środku człowiekiem, robi duże wrażenie na jednej z bohaterek i zarazem narratorce powieści. Odciska na niej piętno, które towarzyszy jej potem przez lata.

To tylko początek dziwnych, na pierwszy rzut oka niewytłumaczalnych wydarzeń, jakie mają miejsce w Cukrówce.   Codzienność mieszkańców tego miasteczka nie należy do najjaśniejszych. Życie na prowincji, którą omijała historia, samo w sobie nie jest łatwe. Do tego dochodzą tragiczne wypadki, lokalni wariaci, lunatycy, coś złego, co zagnieżdża się w okolicznej młodzieży i tajemnica sprzed lat.

Tę dziwną, niepokojąca historię poznajemy z punktu widzenia nastolatki. I tu nasuwa się porównanie do Magicznego lata Roberta McCammona. W obydwu powieściach miejscem akcji jest niewielkie miasteczko, gdzieś na uboczu wszystkiego, gdzie dzieją się rzeczy niezwykłe, czasem przerażające, a narratorem są dorastające dzieci. Uderzające wręcz podobieństwo widać w niektórych scenach jak na przykład pszczoły atakujące wiernych podczas nabożeństwa u McCammona i gołąb wydostający się ze spodni pszczelarza, również podczas mszy, u Słowik.

W przeciwieństwie jednak do McCammona, u Dominiki Słowik od pierwszych stron czujemy dziwną, wywołującą drżenie serca i przyjemnie drażniącą zmysły atmosferę. Niestety dość szybko jednak ona znika. Autorka zbyt bardzo starała się uatrakcyjnić swoją opowieść, przyprawiając ją zbyt dużą ilością absurdu. Zimowla wręcz w nim tonie.  Powieść jest też mocno przegadana. Dominika Słowik rozwodzi się w rozbudowanych opisach, które spokojnie mogłyby zamknąć się w dwóch, góra trzech zdaniach.

Autorka popełnia też błąd, bardzo często pojawiający się we współczesnej prozie. Powierzając narrację jednej z bohaterek, pozwala jej na snucie szczegółowych opisów wydarzeń sprzed jej narodzin, sytuacji, w których nie uczestniczyła i miejsc, których nie mogła widzieć takimi, jakimi je przedstawia. Przeskakując z teraźniejszości w przeszłość, odkrywając niesokolej poszczególne elementy tej historii, bardzo utrudnia czytanie Zimowli.

W rezultacie im bliżej końca powieści, tym bardziej jest się zmęczonym i zdezorientowanym. Po zakończeniu lektury nie mam tego WOW, które towarzyszy czytelnikowi na jej początku. Jest tylko „Acha, więc to tak”. A powinno być na odwrót. Wielka szkoda, bo pomysł na fabułę był naprawdę świetny, ale został zbytnio rozwodniony.

Znak, 2019

 


(Visited 69 times, 7 visits today)