Meg Wolitzer

Żona

Popularna amerykańska pisarka, Meg Wolitzer, zdobywa uznanie czytelników i krytyków, a jej powieści są chętnie przenoszone na ekrany kin i telewizorów. Nie dzieje się tak przypadkiem. Wolitzer jest świetną obserwatorką, a jej styl oscyluje między literaturą popularną a wysoką. W Żonie opowiada o tak zwanej strefie komfortu, która dla wielu z nas staje się więzieniem, pułapką bez wyjścia. Każdy może w nią wpaść, ale kobietom zdarza się to częściej, i znacznie trudniej im się z niej wyswobodzić, bo zawsze jest coś, co je przed tym powstrzymuje.

Najciekawsze w Żonie są jednak te fragmenty, w których Meg Wolitzer opisuje świat pisarzy i wydawców od środka. Jest to obraz daleki od ideału, pełen zarozumiałych i zawistnych ludzi, przekonanych, często niesłusznie, o swojej genialności. A pewność tę ugruntowują w nich czytelnicy, fani i zdobywane nagrody. Autorka podaje w wątpliwość faktyczną wartość takich nagród, a przy tym także nagradzanych autorów i ich twórczości, w tej właśnie kolejności. Wprowadzając do powieści postać Leviego Bresnera, żydowskiego pisarza, który przeżył koszmar Holocaustu, i głównie o tym pisze książki, zwraca naszą uwagę na fakt, że coraz częściej najważniejszych literackich odznaczeń i laurów nie zdobywają faktycznie najlepsi autorzy i dzieła, tylko temat. Im bardziej widowiskowy, kontrowersyjny i modny, tym lepiej. Wolitzer jest w tym szczera, ale można wyczuć, że mimo wszystko dużo przed czytelnikami zataiła. A szkoda, bo powieści przydałoby się trochę więcej mięsa.

Najwięcej uwagi autorka poświęca problemom na linii kobieta mężczyzna. Bohaterka i narratorka, tytułowa Żona, Joann Castleman, kobieta po sześćdziesiątce, zmęczona swoim mężem, jego towarzystwem, wiecznym podążaniem za nim, i pozostawaniem w jego cieniu, postanawia odejść. Przeżyli wspólnie kilkadziesiąt lat, więc decyzja ta nie jest łatwa. Nawet po jej podjęciu, kobieta wciąż nie jest do końca pewna tego, co robi. Przypomina sobie małżeńskie życie, różne jego etapy, czasy kiedy się poznali, a nawet dzieciństwo swojego małżonka, znanego pisarza. Można zatem spodziewać się typowej spowiedzi i rozdrapywania ran nieszczęśliwej kobiety, oaz utyskiwania na cały, paskudny męski świat. I tak trochę jest. Wolitzer serwuje nam parę stereotypów, żeby nie napisać głodnych kawałków, o zadufanych w sobie, męskich, szowinistycznych samcach alfa, traktujących kobiety protekcjonalnie i przedmiotowo. Tak samo postępuje z płcią piękną. O żonach pisze trochę jak o osobnym podgatunku człowieka, a o kobietach w ogólności, jako o pokrzywdzonych, prawdziwie odczuwających i myślących, nawet gdy wyrządzają sobie nawzajem krzywdy. W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, a nawet dzisiaj pozycja kobiety w społeczeństwie często jest gorsza od tej, jaką mamy my, mężczyźni. Nie można jednak generalizować, bo ani wszyscy, ani nawet większość mężczyzn, a także kobiet, nie jest taka, jakimi przedstawia ich Meg Wolitzer.

Czytając dalej, okazuje się jednak, że autorka wcale nie jest tak blisko feministycznej krucjaty. Owszem, Joann ostatecznie zwycięża w niekończącej się wojnie płci, ale w całkowicie innym stylu, niż spodziewaliśmy się rozpoczynając lekturę Żony, tym samym odbierając męskim czytelnikom wszelkie argumenty. W natłoku wydarzeń związanych z podróżą do Helsinek i odbiorem ważnej, literackiej nagrody, spośród kłębiących się w głowie Joann myśli i wspomnień, wyławiamy kolejne sceny, które kawałek po kawałeczku zdradzają prawdę o jej małżeństwie, Josephie i jej samej. Joann okazuje się kobietą niezdecydowaną, która bała się zaryzykować, woląc bezpieczne życie w cieniu, niż bolesną porażkę, a przy tym nad ambitną. To ona stworzyła swojego męża, który bez wsparcia kobiet, bez ich pracy, uwielbienia i oddania był nikim, tym samym kończąc dzieło rozpoczęte przez jego matkę i ciotki. Wolitzer nie pisze o tym wprost, ale Joann po latach zdaje sobie sprawę ze swojej naiwności i głupiego uporu.

Literacko Żona wypada odrobinę słabo. Wspomniane już stereotypy, na dodatek nie zawsze trafione, jak jazda windą w helsińskim hotelu, która Jaoann przywodzi na myśl fiordy, wprowadzają czytelnika w lekką konsternację. Pojawiające się czasem powtórzenia, „niekochane powieści” i stronę dalej „niekochane opowiadania”, wywołują zgrzytanie zębami, a nie do końca udane popisy słownej ekwilibrystyki, gdy Joann porównuje sutki potencjalnej kochanki męża do pyszczków wpijających się w jego twarz, budzą rozbawienie. Autorkę poniosła też trochę wyobraźnia, czyniąc z faktycznej fińskiej nagrody literackiej, coś zbliżonego do Nobla, i wymyślając absurdalny rytuał z nią związany. Jednak nawet z tymi defektami Żona pozostaje ciekawą pozycją, której warto poświęcić uwagę.

Wydawnictwo W.A.B., 2018

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


(Visited 81 times, 2 visits today)