Pete McCarthy

Bar McCarthy'ego

Pierwsze wrażenie z lektury Baru McCarthy’ego to powiew świeżości. Można się zachłysnąć, jak powietrzem, zaraz po ściągnięciu maski, którą nosiło się cały dzień. Jest zabawna i lekka w odbiorze. Dokładnie taka, jaka powinna być książka relaksująca, pozwalająca na chwilę zapomnieć o codzienności w tych trudnych, nienormalnych czasach. Jest też namiastką podróży, w którą od roku wielu z nas się nie wybrało, a bardzo by chciało.

Pete McCarthy wędruje od jednego do drugiego irlandzkiego miasta, poszukując… w zasadzie nie wiadomo czego. Tu i ówdzie odwiedza dawnych znajomych, przyjaciół albo krewnych, zwiedza zamki, klasztory, kamienne kręgi i inne turystyczne atrakcje, trochę się naśmiewając przy tym z innych turystów.

Najczęściej i najwięcej obrywa się Amerykanom. Choć może słowo „obrywa” nie do końca tu pasuje. Pete opisuje typowych amerykańskich turystów, skupiając się na ich powierzchowności, trywialności, braku elementarnej wiedzy na temat miejsc, które odwiedzają. Nie potępia ich jednak za to tak jak i innych turystycznych nacji. Rozbawiony obserwuje ich poczynania ze zdziwieniem i zaciekawieniem.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że pod tym przyjaznym, nie do końca poważnym krytykanctwem kryje się odrobina zarozumialstwa. Popularny angielski pisarz, dziennikarz i podróżnik, wręcz celebryta, traktuje spotykanych ludzi z odrobiną wyższości,  jak egzotyczne dziwactwa, na które liczy każdy zapalony podróżnik. Ja, samotny wędrowiec przemierzający irlandzkie szlaki tak jak mi się żywnie podoba i robiący to, na co mam ochotę, i ci szamoczący się w turystycznych uprzężach nieszczęśnicy. Fajnie jest się z tym zetknąć, ale na chwilę, by potem, już we własnym, dobrze znanym świecie, móc opowiadać zabawne historie, albo jeszcze lepiej, napisać o tym książkę. Robi więc dokładnie to samo co jego nowi znajomi, z tym że w przeciwieństwie do nich, całkowicie świadomie.

I czym różni się podróż Pete, od tych błyskawicznych wycieczek, podczas których zalicza się największe atrakcje w ciągu zaledwie kilku dni? W zasadzie niczym. McCarthy również w dość krótkim czasie odwiedza wiele miejsc, które dla czytelnika zlewają się w jedno. I jakość nie czuje się, że wraz z nim odkrywa się magiczną Irlandię. Zdecydowanie zbyt mało jest tu Irlandczyków i Irlandii, jak na książkę opowiadającą o tym pięknym, wyspiarskim kraju. Ustępują miejsca kolejnym, nieobytym w świecie Francuzom czy Niemcom, albo emigrującym do Irlandii wyzwolonym Brytyjczykom.

Bar McCarthy-ego nie zalicza się ani do reportażu, ani do literatury podróżniczej czy socjologicznej, choć prawdopodobnie takie aspiracje miał autor, spisując swoje irlandzkie przygody. Bardziej przypomina blog, na którym jego twórca wypisuje, co mu ślina na język przyniesie. Są to soczyste, dowcipne i inteligentnie złośliwe teksty, ale po ich przeczytaniu nie wiele pozostaje w naszej pamięci. Ot, idealna książka na odstresowanie się i poprawę nastroju. Nic więcej.


(Visited 514 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.