„Dom wielu dróg” Diana Wynne Jones – recenzja

Jak napisać ciekawą powieść fantasy, która przykuje uwagę zarówno młodzieży jak i starszych czytelników? Odpowiedź na to pytanie z pewnością znała Diana Wynne Jones, brytyjska pisarka, autorka książek dla młodzieży i dorosłych, a także sztuk teatralnych. Znała ją, i nie wahała się wykorzystywać tę tajemną recepturę w swoich kolejnych powieściach.

Dom wielu dróg to trzecia i ostatnia część trylogii opowiadającej o magicznym świecie zamieszkanym przez czarodziejów, czarownice, Elfy i inne magiczne istoty. Jest to świat, który bardzo przypomina Anglię z przełomu wieków dziewiętnastego i dwudziestego. Pojawiają się już jakieś urządzenia techniczne, ale częściej znajdziemy tu zapaloną lampę naftową czy świecę, zamiast lampy elektrycznej, a bohaterowie poruszają się na piechotę albo powozami. Pije się tu bardzo dużo herbaty, jada paszteciki i z różnym skutkiem próbuje się być szanownym i dystyngowanym. Przeszkodą w osiągnięciu tego celu są jednak tarapaty, w które wpadają bohaterowie. Za każdym razem są one związane z magią, ale nie na tyle poważne, by zagłuszyć odwieczną potrzebę zjedzenia podwieczorku.

Główną bohaterką Domu wielu dróg jest Charmain, nieco antypatyczna dziewczyna, która najchętniej całe dnie czytałaby książki, zajadając przygotowane przez ojca smakołyki. Niespodziewanie otrzymuje zadanie, z którego nie do końca jest zadowolona, ale widzi w nim szansę na poświecenie całego czasu swoim przyjemnością. Musi zaopiekować się domem stryjecznego dziadka, czarodzieja, który udaje się na leczenie do Elfów. Kompletnie oderwana od rzeczywistości, niepotrafiąca nic zrobić wokół siebie, nie radzi sobie z powierzonymi obowiązkami. Na dodatek do domu czarodzieja przybywa fajtłapowaty Peter, aby pobierać lekcje magii. Ta dwójka mocno nabałagani w posiadłości czarodzieja i niechcący wmiesza się w intrygę na królewskim dworze.

Pod pewnym względami jest to powieść trochę wtórna. Niektóre elementy fabuły do złudzenia przypominają te, znane z tomu pierwszego. Nieobyta z magią dziewczyna trafia do zaczarowanego domu. Poznaje irytującego młodzieńca, do którego coś ją jednak przyciąga, czyli dokładnie tak jak Sophie do Hauru. Jest też bardzo mądry, uroczy i magiczny piesek, który towarzyszy Charmain podczas wizyt u króla. Nie wszystko jednak stracone. Autorka zadbała o to, by czytelnik znający wcześniejsze przygody mieszkańców tej magicznej krainy, nie poczuli się znużeni czy rozczarowani. Wprowadza do wymyślonego przez siebie świata odrobinę grozy, która wydaje się być inspirowana klasyką kina scifi w reżyserii Ridleya Scota. O dziwo, śmiertelnie niebezpieczny, owadzi stwór, składający w swoich ofiarach jaja, idealnie pasuje do tej niecodziennej baśni. W Domu wielu dróg pojawiają się też, chyba nieobecne wcześniej Elfy i Koboldy, a także więcej dobrze ukrytej ironii i wieloznaczności, jak na przykład imię głównej bohaterki, sugerujące, że ma czarującą osobowość (a nie ma, przynajmniej przez większość czasu), oraz że potrafi czarować. I tu nasuwa się refleksja, że takich smaczków zapewne było jeszcze więcej, ale zniknęły w procesie tłumaczenia.

Dom wielu dróg to pełna humoru baśń, opowiadająca o tym, że w końcu trzeba bajki odłożyć na bok i zacząć żyć na poważnie, nawet jeśli mieszka się w baśniowej krainie. Jak przystało na bajkę, powieść Jones zawiera też trochę morałów. Poza całą magiczną otoczką przygoda, jaką przeżyła Charmain obrazuje proces dojrzewania. Dziewczyna staje się bardziej samodzielna. Zaczyna dostrzegać coś więcej niż tylko czubek własnego nosa i swoje potrzeby. Uczy się tego, że życie nie niesie ze sobą tylko przyjemności. Czasem może rozczarowywać, ale może też być fantastyczną niespodzianką. Przyjemna, relaksująca lektura, w sam raz na czytelniczy start w nowym roku.

Nowa Baśń, 2021

(Visited 67 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.