Joan Didion

Dryfując do Betlejem

Problem z Joan Didion polega na tym, że jest to pisarka niezwykle oczytana, dobrze znająca kulturę i historię, zarówno swojego kraju, jak i ogólną, światową. Bardzo swobodnie posługuje się jej elementami, nawiązując do osób, wydarzeń, utworów literackich czy filmów, których polski czytelnik zazwyczaj nie zna. Tu z pomocą przychodzą redaktorzy polskiego wydania, z całym naręczem przypisów wyjaśniających, także gdy w tekście pojawiają się zwroty nacechowane negatywnie. I to w zasadzie jedyny problem, ta konieczność odrywania się od lektury właściwej, by zagłębiać się w przypisy. Reportaże i felietony zebrane w tomie Dryfując do Betlejem, czyta się wspaniale, mimo tych drobnych utrudnień.

To oczywiście żart. Ogromna erudycja autorki nie stanowi żadnego problemu,  jest wręcz godna podziwu. Didion okazuje się być także bardzo wrażliwą osobą, może nawet trochę nadwrażliwą, czego nie ukrywa, a wręcz wspomina o tym wprost. Tę uczuciowość widać wyraźnie na przykład gdy pisze o wizytach w Pearl Harbor.

Jako dziennikarka, reportażystka, Joan zaskakuje całkowitą bezstronnością, równie nieobecną we współczesnym dziennikarstwie, jak i przeszło pół wieku temu w Stanach Zjednoczonych. Obiektywizm, który wydawał się już niemożliwy do uzyskania przez współczesnych dziennikarzy, był czymś wyjątkowym w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku wśród ówczesnych amerykańskich dziennikarzy. Tym bardziej więc teksty Joan Didion nabierają wyjątkowości.

Jeśli Didion pisze o dzieciach kwiatach ściągających do San Francisco, o narkomanach i hipisach, nawet jednym słowem czy sugestią ukrytą między nimi, nie potępia ich, ale też nie sympatyzuje z nimi. Po prostu stara się ich poznać, zrozumieć. Podobnie jest w przypadku organów ścigania zajmujących się problemem narkomani. Choć spotkała się z twardym, urzędniczym murem i brakiem jakiegokolwiek komentarza, przedstawia to jako fakt, nie próbując go w żaden sposób interpretować czy stawiać detektywów w negatywnym świetle.

Teksty zebrane w tomie Dryfując do Betlejem, są niejednolite pod względem formy. Część pierwsza książki, zdecydowanie reporterska, jest chłodna, trochę bezosobowa i dość surowa. Kolejne zaś, raczej eseje i felietony niż reportaże, są bardzo osobiste. Wyraźnie jest w nich obecna Joan Didion, już nie tylko jako obserwatorka, ale uczestniczka wydarzeń, jedna z bohaterek.

Tę drugą część łatwiej odnieść do siebie, do swojej obecnej czy też do jakichś przeszłych sytuacji. Gdy Didion pisze o szacunku wobec siebie, w sposób, w jaki chyba nikt inny nigdy tego nie ujął, o tym jak on działa, od razu zaczynamy analizować własne poczynania na scenie zwanej życiem. Wnioski płynące z tej analizy mogą być różnorakie. I o to przecież chodzi w literaturze, by poruszała i skłaniała do refleksji, a także wskazywała nam to, co powinniśmy już dobrze znać, ale z jakiegoś powodu gdzieś nam umknęło.

Na przykład prowadzenie notatników, czy raczej dzienników, o których w jednym z felietonów opowiada Didion. Gdy czytamy o tym, nie sposób się z autorką nie zgodzić. Ma się wręcz ochotę wykrzyknąć: O kurde! Ja też tak mam, że przeglądając stare zapiski w dzienniku, nie do końca rozpoznaję w nich obecnego siebie! Didion pisze, że nie jesteśmy tylko jedną osobą, ale przez całe życie tworzą nas różne postacie. Rzecz niby oczywista, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja od prawie trzydziestu lat pisze dziennik. Jednak dopiero Joan Didion zwróciła na to moją uwagę. Na to, i jeszcze kilka innych sprawa.

Dryfując do Betlejem, każdy kolejny tekst jest przygodą poznawczą i emocjonalną, a Joan Didion jest naszą przewodniczką. Rozpoczynając lekturę, nigdy nie wiesz, do jakiego finału, do jakiej niespodziewanej refleksji, spostrzeżenia doprowadzi Cię na jego końcu.

Wydawnictwo Cyranka, 2021


(Visited 162 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.