Jakub Małecki

Saturnin

Jakub Małecki ma umiejętność pisania o zwykłych, prostych ludziach. O ludziach mijanych na ulicy albo współpasażerach w autobusie. Tak jakby zauważał ich w anonimowym tłumie i zapraszał na kawę, by mogli na chwilę tę anonimowość zrzucić. Problem w tym, że wciąż są to te same osoby. Zmieniają się ich imiona i nazwiska, ale i one często brzmią podobnie.

Wyraźny jest schemat, według którego Małecki buduje swoją, ciągle tę samą, opowieść. Młody bohater, około trzydziestu lat, najczęściej mężczyzna, pochodzący z niewielkiej miejscowości, aktualnie układający sobie życie w Warszawie. Wszyscy bez wyjątku są straumatyzowani, co przekłada się na jakość tego życia w stolicy. Nieoczekiwanie wydarza się coś, co zmusza bohatera do odwiedzenia rodzinnych, małomiasteczkowych stron, gdzie mierzy się z jeszcze większą traumą i/lub z rodzinną tajemnicą.

Po kilku kolejnych odsłonach prozy Małeckiego uświadamiamy sobie coś jeszcze. Jego bohaterowie, najczęściej ci pierwszoplanowi, są w pewnym sensie masochistami. Zasklepieni w swoim bólu, pielęgnują go niczym kwiaty w doniczkach, lubując się w duchowych męczarniach i zainteresowaniu otoczenia, jakie tym wzbudzają. Niektórzy, tak jak Saturnin w najnowszej powieści, by normalnie funkcjonować, potrzebują też bólu fizycznego. Raz i drugi jest to ciekawe i do przyjęcia, ale w końcu zaczyna nudzić. I tak jak Saturninowi puszczają nerwy, gdy wypomina dziadkowi właśnie takie zachowanie, tak czytelnicy mogą w końcu stracić cierpliwość.

A byłoby szkoda, gdyby Jakub Małecki przestał być poczytnym autorem i porzucił pisanie. W każdej jego książce jest ogromny, niewykorzystany potencjał. Kryje się w postaciach drugo- i trzecioplanowych, w pobocznych wątkach. Ojciec Saturnina na przykład. Mężczyzna od lat zmagający się najprawdopodobniej z chorobą dwubiegunową. Jego krótki, ale burzliwy związek z kobietą i próby radzenia sobie z rzeczywistością. Dziadek Tadeusz i jego wojenne losy. Toż to tematy na co najmniej dwie, jeśli nie trzy osobne książki. Odpowiednio rozbudowane uczyniłyby Małeckiego naprawdę wielkim pisarzem, a jego książek nie zapominałoby się po kilku tygodniach.

Podobnie zresztą było w przypadku Horyzontu. Zamiast rozwijać wątek byłego żołnierza z Afganistanu, połączono go ze słabym wątkiem uczuciowym i rodzinnym sekretem sprzed lat. Tak też w Saturninie tragiczne losy dziadka i jego siostry Irki połączono z nijakim i zakompleksionym byłym ciężarowcem, kolejnym u Małeckiego przedstawicielem płci brzydkiej, którego poczucie własnej wartości i męskość nie przetrwały zderzenia z prawdziwym życiem. To, co najciekawsze, co porusza i dotyka czytającego, zamyka się ledwie w kilku rozdziałach, tej i tak niezbyt obszernej książki. Dodatkowo jesteśmy zmuszeni przedzierać się przez całkowicie zbędne fantasmagorie, odbierające tej wstrząsającej historii należną powagę i dramatyzm.

Czy Dygot był najlepszą powieścią w dorobku Małeckiego? A może był to Dżozef? Mam nadzieję, że żadna z nich, że Jakub dopiero się rozgrzewa. Kiedyś jeszcze nam wszystkim pokarze, rzucając na kolana taką powieścią, że mucha nie siada, a komar nie kuca.

SQN, 2020


(Visited 1 721 times, 1 visits today)

4 osoby skomentowały “Jakub Małecki „Saturnin” – recenzja

  1. Uwielbiam twórczość Pana Małeckiego i już nie mogę się doczekać aż sięgnę i po tę książkę. Czytałam również „Horyzont” i Dżosef” o których tutaj wspominasz i każda bardzo mi się podobała. One pokazują nam prawdę i zmuszają do myślenia i chwili zadumy. Pozdrawiam!

  2. To prawda. Pan Jakub Małecki ma niezwykłą umiejętność pisania o zwykłych ludziach. A skoro o prostych i zwykłych nie oczekujmy fajerwerków i niezwykłości. Sądzę, że większość czytelników z miłą chęcią przeczyta taką powieść do której ma odniesienie. Fakt, jest schemat w powieściach pana Małeckiego i być może coś zmieni się coś w tej materii mnie to jednak, póki co, nie przeszkadza. Przypuszczam, że autor ne zamierza popełnić twórczego samounicestwienia i będzie rozwijał się w tej dziedzinie. Pozdrawiam.

  3. Szanowny Panie, pokaże przez „ż” w tym znaczeniu. Miałam nadzieję, że zostanę na blogu dłużej, ale jako krytyk na bakier z ortografią nie jest Pan dla mnie wiarygodny.

    • Oczytany Facet mówi :

      Szanowna, może szanowny. Dziękuję za zwrócenie uwagi. Nie jestem krytykiem, a jedynie recenzuje sobie książki. Jest coś takiego jak dysortografią i różne inne dysfunkcje. Zachęcam do poczytania o tym.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.