Annie Ernaux

Lata

Autobiograficzne Lata Annie Ernaux budzą skrajne emocje. Od zachwytów, przez ciche zdumienie, po odrobinę wzburzenia, graniczącego z irytacją. Taka powinna być właśnie dobra literatura, nie pozostawiać czytelnika obojętnym.

Lata rozpoczynają się  od wyliczania rzeczy, które znikają wraz z naszym odejściem z tego świata. Pojedyncze słowa i całe zdania, ich znaczenia, sytuacje, które były ważne, ludzie, wreszcie nawet wspomnienie o tych osobach. Aż prosi się tu o cytat, choć jeden wers z wiersza Elisabeth Bishop, W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy, który idealnie pasuje do tego fragmentu oryginalnej prozy Ernaux. Już na samym początku lektury Lat przeżywamy więc coś naprawdę mocnego. Rzecz niby oczywista, ale nie uświadomiona. Wszystko, dosłownie wszystko przemija. Problemy, idee,  przedmioty, mody, my. Jak przekonamy się, czytając dalej, to i owo powraca, ale nigdy to, co dla nas było najcenniejsze.
Annie Ernaux napisała książkę, którą trudno jednoznacznie zaklasyfikować gatunkowo. Jak przystało na autobiograficzną prozę, jest bardzo subiektywna w opisywaniu świata, ale znowuż sama autorka-bohaterka nie znajduje się w centrum uwagi. Właściwie jest ona tutaj najmniej istotna. Jest jedną z wielu, częścią ludzkiej masy, o zbieżnym toku myślenia, obdarzonej podobnymi doświadczeniami, zwanej pokoleniem.  Książkę można więc uznać za autobiografię pokolenia, aż trzech pokoleń, a w zasadzie całej epoki.
Zdystansowana Ernaux nadaje temu zbiorowemu bohaterowi jedną osobowość. Pisze „my”, „myśleliśmy”, „robiliśmy”, „czuliśmy”, „Chcieliśmy”. Gdy co jakiś czas pochyla się nad dzieckiem, dziewczynką, potem panienką, młodą kobietą i w końcu dojrzałą, wyzwoloną przedstawicielką płci pięknej, wydaje się, jakby wcale nie pisała o sobie, jakby wybrała jakąś kobietę z tłumu przez czysty przypadek. Wrażenie to pogłębia sposób, w jaki opowiada o niej. Zawsze jest to zdjęcie lub krótki filmik utrwalający jedną z wielu chwil, które inaczej przepadłyby, zlewając się w bezkształtną przeszłość.
Pisząc w imieniu pokolenia Ernaux nie uniknęła pewnych uogólnień. Przyjęła błędne założenie, że wszyscy jej rówieśnicy byli i są jednomyślni. To samo tyczy się pokolenia jej rodziców i dzieci, którym, może nieświadomie, odbiera indywidualizm. Autorka o wyraźnie lewicowych poglądach, bardzo mocno przeżywa przegraną w wyborach, zwycięstwo prawicy i wszystkie te momenty w najnowszej historii Francji, gdy przedstawiciele przeciwnego obozu dochodzili do władzy. Fakt, że na najważniejszych stanowiskach we francuskim rządzie dochodziło do takich zmian, świadczy o tym, że jednomyślności brak, a poglądy nie są z kamienia i się zmieniają. W ten sposób Ernaux wykluczyła tych, którzy myślą inaczej niż ona, odmawiając im prawa nie tylko do bycia częścią jej generacji, ale też bycia Francuzem.
Zaskakujące, wręcz trochę przerażające, są fragmenty, w których Annie Ernaux pisze  o mieszkańcach byłego bloku wschodniego, tak nieporadnych w nowym dla nich kapitalistycznym świecie. Z tych słów bije pycha zrodzona z faktu uprzywilejowania, jakim było życie w demokratycznym, rozwijającym się kraju, oraz niczym nieuzasadniona wzgarda. Gdy przypomnimy sobie nasze własne doświadczenia, to co mówiliśmy, niby tylko w żartach, w latach dziewięćdziesiątych o Rumunach, co dziś mówi się o Ukraińcach, słowa Ernaux, o tym, że Francuzi woleli  wschodnich Europejczyków, gdy pozostawali za żelanzą kurtyną i można im było współczuć na odległość, równie dobrze mogłyby być wypowiedziane przez nas.
Jest to więc niedoskonała, subiektywna autobiografia całego zachodniego świata. Gdy czytamy o pierwszych zapamiętanych przez dziewczynkę chwilach, o świątecznych biesiadach tuż po wojnie i wspominkach o tym jak było przed i w trakcie wojny, coś świta w głowie.  Czy w moim domu nie było podobnie? Czy przy moim świątecznym stole wojennych opowieści nie zastąpiły kolejne warstwy historii, narastające niezauważenie, choć na naszych oczach? Zanikanie jednych tradycji i pojawianie się nowych, chęć przeżycia wojny, by móc być częścią opowieści dorosłych, również wydaje się znajome. Z tym że ja nie marzyłem o wojnie, ale o kataklizmie,  trzęsieniu ziemi najlepiej, do czasu aż przeżyłem kataklizm.
Opisywane przez Ernaux zmiany zachodzące w społeczeństwie, jak na przykład pojawienie się kultury czasu wolnego, czego przed wojną nie było, a na pewno nie było tak powszechne, to również  kawałek naszej, polskiej, powojennej rzeczywistości. Z rozmów z rodzicami, urodzonymi kilka lat po Ernaux, wiem, że kiedyś nie było zwyczaju wyjeżdżania na wczasy. Nie było na to pieniędzy ani możliwości. Urlop spędzało się w domu, zajmując tymi pracami, na które nie było czasu w ciągu roku. Wakacje mieli ci, którzy mieli rodzinę na wsi, albo ci, których było na to stać.
Zjadający własny ogon i odbierający nam wszelką radość, rozsiewający wszędzie znudzenie i poczucie braku sensu kapitalizm. Ruchy wolnościowe, manifestacje i strajki w obronie i przeciwko czemuś. Próby zmiany języka, usuwanie form wskazujących płeć. Kryzys uchodźczy. To wszystko, co dzieje się obecnie u nas, nie jest niczym nowym. To  już się wydarzyło, nie raz i nie dwa, i jeszcze się wydarzy. O tym też pisze Annie Ernaux,  i dla tego łatwo jest w Latach odnaleźć siebie samego.
Lata  to lektura niejednoznaczna, arcyciekawa i na swój oryginalny sposób piękna. To wartki strumień czasu i świadomości, z którego, raz weń wkroczywszy, nie sposób wyjść, nim dopłynie do końca.
Czarne, 2022

(Visited 317 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.