Niedzielny deser #3

Kilka lat temu, Jacek Dehnel wydał ironiczną powieść pod tytułem Krivoklat. Opowiada w niej o starszym Panu, pacjencie szpitala psychiatrycznego. Mężczyzna trafił tam po tym, jak został aresztowany za wielokrotne niszczenie dzieł sztuki. Stwierdzono u niego chorobę psychiczną i skierowano na leczenie. Ów mężczyzna przedstawia własną teorię na temat sztuki, usprawiedliwiając swoje destrukcyjne działania.

Według niego, ludzie nie znają się na sztuce. Nie tylko nie potrafią interpretować obrazów, rzeźb czy innych dzieł sztuki, mający trwałą formę i niezmienną postać, ale też nie doceniają ich należycie. Oglądają, przyglądają się, dyskutują na ich temat, bo tak wypada, ale tak naprawdę ledwie rejestrują ich obecność, zapominając o nich chwilę po tym, jak opuszczą galerię czy muzeum. I ta gonitwa przez muzealne sale, w ucieczce przed tabunami turystów, skutkująca tym, że na Matejkę czy innego Rembrandta rzucamy tylko okiem i biegniemy dalej. Ewentualnie w kontemplacji może przeszkadzać nam powolne snucie się od wystawy do wystawy i nudny wykład przewodnika, którym często niszczy sztukę równie skutecznie, jak szalony bohater Dehnela.

Krivoklat zarzuca współczesnym także to, że ze sztuki robią odpustowe pierdółki i durnostojki. Reprodukcje obrazów w postaci plakatów, pocztówek, jako nadruki na koszulki czy kubki, to największa zbrodnia, jako popełniamy wobec sztuki. I właśnie dlatego, że nie doceniamy, że upadlamy sztukę, umieszczając ją na płóciennych torbach zakupowych, nie zasługujemy na nią i byśmy nigdy więcej nie kalali jej, Krivoklat ją uśmierca.

Trudno stwierdzić, czy autor podziela tok rozumowania swojego bohatera, czy to tylko taka prowokacja, taki szacher-macher pisarza. Jeśli to drugie, to gratulacje, bo bardzo udana. Wzburzenie wywołane. Jeśli zaś to pierwsze, to trochę brak w tym sensu, biorąc pod uwagę, że Dehnel sam para się sztuką, która nie zawsze jest należycie traktowana przez odbiorców. Czy jego książki powinny zostać spalone? Nie! Nigdy!

Warto się zastanowić nad tym, czy istnieje w ogóle prawidłowy odbiór dzieła sztuki. I co się mieści w tym pojęciu. Czy dotyczy tylko materialnej części wytworu ludzkiej kreatywności, odkrycia metafor i symboliki, ukrytych znaczeń? Czy może jest w tym coś jeszcze, na przykład wiedza na temat warsztatu artysty, zachwyt, który nie opiera się na żadnym z powyższych fundamentów i w końcu najzwyczajniejsza, czysta przyjemność wynikająca z obcowania z dziełem sztuki?

Najgłupsze i najczęściej zadawane pytanie na lekcjach języka polskiego, brzmi „co autor/poeta miał na myśli?”. Nie da się wejść w czyjąś głowę i sprawdzić. A nawet gdyby się dało, musielibyśmy zrobić to właśnie w momencie, gdy dany utwór powstawał. Każda późniejsza próba przywołania tego, co autorowi chodziło wtedy po głowie, będzie tylko próbą odtworzenia, a zatem nie pełną i nie do końca prawdziwą odpowiedzią na to pytanie. Można niby zapytać o to osobiście, jeśli pisarz jeszcze żyje. Tylko po co? Czyż jednym z celów uprawiania sztuki, nie jest poruszenie odbiorcy, bez względu na to, jakie emocje wywołamy?

Tego powinniśmy się uczyć w szkole. Umiejętności czytania dzieł sztuki, literackich, malarskich, muzycznych, a nie odnajdywania w nich tego, co ktoś kiedyś według jakiegoś schematu dopatrzył się w obrazie, czy usłyszał w symfonii. I nie ma nic złego w tym, że nie będziemy czytać dzieła sztuki według kanonu, pod warunkiem, że będziemy to robić szczerze, z własnej nieprzymuszonej woli. I to również powinno być częścią edukacji, budzenie potrzeby kontaktu ze sztuką i pięknem.

Oczywiście pewnych granic nie powinniśmy przekraczać, ale jeśli będziemy odbierać sztukę świadomie, czemu nasz telefon nie miałby rozbrzmiewać Czajkowski, za każdym razem, gdy ktoś do nas zadzwoni? Nie powinno nikogo oburzać, że ozdobą salonu jest kupiona za grube pieniądze kopia Wieczornego Cienia (Ombra della sera), że nosimy koszulkę z Kołdrianem, pijemy kawę z kubka ozdobionego Pocałunkiem Klimta, czy zachwycamy się wariacją na temat autoportretów Fridy Kahlo, wiszącą w naszej sypialni. Wręcz przeciwnie, to jest wspaniałe, gdy dostajemy gęsiej skórki, przeglądając po raz kolejny album ulubionego plakacisty.

W ten sposób sztuka trafia do naszej codzienności i, wbrew temu, co można wyczytać w Krivoklat, uwrażliwia nas na nią. Sprawia, że gdy tylko nadarzy się taka okazja, z chęcią odwiedzimy Luwr, Muzeum Watykańskie, Villę Borghese czy też Centrum Mangha, by zobaczyć na żywo to, co umila naszą codzienność. Nawet jeśli będziemy zmuszeni przepychać się przez tłum, popychani przez innych zwiedzających.


(Visited 157 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.