Niedzielny deser #5

Fotografia ma moc. Nie magiczną jak co niektórzy wierzą. Nie odbiera ona przecież duszy osobie fotografowanej. Jest ona jednak ogromna. Przenosi nas w czasie i przestrzeni. Tak jak książka pozwala wejść w czyjąś skórę i choć na krótką chwilę wieść inne życie.

Fotografia jest dziś często wykorzystywana do złych celów. Fotomontaż, reklama, pornografia. Równie często staje się sztuką, w postaci artystycznych zdjęć, czy świadkiem historii, jako fotoreportaż. Na moim biurku stoi zdjęcie autorstwa Steve’a McCurryaya przedstawiające hinduskie kobiety, które zasłaniają twarze i zbierają się w grupę, by tak przetrwać piaskową burzę. Fotografia jest piękna pod każdym względem. Kadr, kolorystyka, niesamowity klimat tej konkretnej chwili.

Uwielbiam takie fotosy. Ostatnio jednak obrazki zupełnie innego rodzaju przyciągają moją uwagę i wzbudzają emocje. Mianowicie fotografia rodzinna. Ten niepewny czas epidemii sprawił, że zapragnąłem znów je wszystkie obejrzeć. To prawdziwa kronika, saga rodzinna, w czterdziestu kilku albumach zamykająca już ponad sto lat rodzinnej historii.

Na najstarszych fotografiach, z okresu pierwszej wojny światowej, pozuje moja praprababka z najmłodszą córką, a także moi pradziadkowie w mundurach. Są też jakieś dalekie kuzynki, w strojach i fryzurach niczym z Wielkiego Gatsbyego. Na ostatnich uśmiecha się moja siostra cioteczna w towarzystwie męża i dorosłych już dzieci, a moi bratankowie wyraźnie zaczynają dojrzewać.

Znam te zdjęcia niemal na pamięć, tyle razy już je oglądałem. I prawdopodobnie drugie tyle razy jeszcze je obejrzę, uzupełniając o nowe obrazy z życia mojego i bliskich. Tym razem jednak przeglądanie kolejnych albumów przebiegało jakoś inaczej niż zazwyczaj. Zatrzymane dawno temu lub ledwie wczoraj, chwile na moment znów ożywały. Zastygli w pół ruchu ludzie zaczynają się ruszać. Ktoś puszcza do mnie oczko, wyskakuje znienacka zza rogu, podnosi kieliszek do toastu. To zapewne skutek zamrożenia aktywności poza domem i ograniczenia kontaktów, ale zobaczyłem swoich przodków, samego siebie, moje rodzeństwo i wszystkich współcześnie żyjących krewnych, w zupełnie nowym świetle.

Moja babcia nie zawsze była tą poważną, dostojną starszą panią. Kiedyś była młoda, uśmiechała się kokieteryjnie, lubiła się bawić. Rodzice również się wydurniali ze swoimi przyjaciółmi, zachłystywali się młodością i nie myśleli o przyszłości. I ja kiedyś będę pomarszczony, włosy mi posiwieją, przestanę nadążać za teraźniejszością. Choć spostrzeżenia te mogą się wydać oczywiste, to nie do wszystkich one docierają, a rola zdjęcia, tej jednej z najcenniejszych pamiątek, jest sprowadzana do pstrykania fotek telefonem, i przechowywania na karcie pamięci, między memami, ciuchami i potrawami.

 

 

 

To mi zaś uzmysłowiło, jakim skarbem są te rodzinne zdjęcia i jakim wspaniałym narzędziem edukacyjnym mogą się stać. Stare fotografie dają nam możliwość odnajdywania w nich cząstek nas samych. Pozwalają niemal fizycznie dotknąć tej więzi między nami a przeszłymi pokoleniami. Dzięki nim przeżywamy na nowo ostatnie święta spędzone z ukochanym wujkiem, czy pierwsze w życiu spotkanie z morzem. Pokazują nam nie tylko to, jak płynie życie, jego naturalną kolej rzeczy, czyli narodziny, trwanie i śmierć, ale także jak zmienia się nasze ciało i my sami. Pobudzają wyobraźnię i rozbudzają w nas wrażliwość. Ten, kogo nie wzruszy albo choć nie przywoła na twarz uśmiechu, zdjęcie ojca, jako rozkosznego berbecia, ten jest chyba bez serca.

 

 

 

Takie czytanie rodzinnych albumów na przykład wspólnie z dziećmi jest także świetną alternatywą dla spędzania razem czasu. Zwłaszcza dzisiaj, gdy siedzimy w domach i pomysły na to, czym zająć dzieciarnię już dawno się wyczerpały. Od opowieści o przodkach można wyjść nieco dalej, do ogólnej sytuacji politycznej i historycznej w owym czasie. Wyjaśnić czemu jeden i drugi pradziadek noszą inne mundury, czym były zabory i jakie znaczenie dla nas miała pierwsza wielka wojna. Skąd na zdjęciu babci z dzieciństwa te dziwne, nieprzypominające niczego litery? Co się stało z jej starszą siostrą, która pewnego poranka została wyprowadzona z domu przez nieznajomych mężczyzn? Czemu ciocia z wujkiem wyjechali do Kanady i nigdy nie wrócili na stałe?

Zdjęcia można wykorzystać także podczas szkolnych zajęć, jako urozmaicenie nudnej lekcji. Również dziś, w czasach wirtualnego nauczania. Niech dzieciaki zrobią na przykład krótką prezentację o swojej rodzinie, z wykorzystaniem fotografii, rodzinnych legend i historycznych źródeł. Niech wspólnie z rodzicami spisują rodzinne dzieje. Niech uczą się zdobywać samodzielnie wiedzę, na własną rękę szukać odpowiedzi na stawiane przez innych i siebie pytania. Jednak przede wszystkim niech to będzie dla nas wszystkich frajda. Niech to stanie się naszą rodzinną tradycją, bazą do snucia wspomnień, opowieści, dyskusji i wymiany poglądów. Niech dzięki temu zagłębianiu się w utrwaloną przeszłość rodziny trwa pamięć o tych, którzy już odeszli.


(Visited 179 times, 1 visits today)

Jedna osoba skomentowała “Niedzielny deser #5

  1. Lubię oglądać stare rodzinne fotografie. Jako dziecko trochę się ich bałam. Przerażały mnie te ustawione pozycje, czarno-biała kolorystyka… ale dziś już widzę w tych zdjęciach ogromną wartość sentymentalną i kulturową. Dzięki wspólnemu oglądaniu zdjęć z moimi rodzicami i dziadkami, dowiedziałam się wielu rodzinnych ciekawostek. A miłe wspomnienia powodowały często uśmiech i rozmarzenie u najstarszych z rodziny 🙂

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.