Niedzielny deser #8

Deszczowy, chłodny weekend nie zachęca do wychodzenia z domu, nawet teraz, gdy jesteśmy tak spragnieni nieskrępowanej maseczką wolności poza domem. Proponuję zatem pozostać w czterech ścianach i obejrzeć coś ciekawego. A gdzie? Oczywiście w Netflix. Będą to trzy seriale i jeden film, któremu już urosła spora broda.

 

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Drika Gently-ego to dosyć luźna adaptacja powieści Douglasa Adamsa. Z książkowym pierwowzorem jest naprawdę luźno powiązana. Twórcy serialu wprowadzili sporo zmian, tak, więc jeśli ktoś nie znał wcześniej książki, może najpierw obejrzeć serial, a potem przeczytać powieść. Nie powinien być rozczarowany. Todd Brotzman ma prawdziwego pecha. Siostra choruje na bardzo rzadką, niebezpieczną chorobę nerwową, ma problemy z pracą, pełno wyrzutów sumienia, jacyś wariaci demolują mu mieszkanie, a kolejny, przedstawiający się jako Dirk Gently, włazi przez okno.

Twierdzi, że są przyjaciółmi, a Todd jest jego asystentem w holistycznej agencji detektywistycznej. Chłopak nie może pozbyć się natręta, a jego towarzystwo wywołuje lawinę niespodziewanych, irracjonalnych wydarzeń, łącznie ze spotkaniem samego siebie z nieodległej przyszłości. W Todda Brotzmana zagrał Eliah Wood, który dzięki tej roli w końcu przestał być hobbitem z irytującym wyrazem twarzy. W pozostałych rolach zobaczymy w większości nieznanych aktorów, z wyjątkiem Johna Hannah (Cztery wesela i pogrzeb), oraz Alana Tudyka (Firefly, Gwiezdne Wojny Łotr 1). Dla tych aktorów były to role dosyć nietypowe.

Dużo tu czarnego, typowo brytyjskiego humoru, barwnych i wyrazistych postaci, psychodelicznej muzyki, niespodziewanych i na pierwszy rzut oka nielogicznych zwrotów akcji. W tej historii brak logiki jest akurat zaletą. Twórcy serialu ewidentnie nabijają się z wielu fabularnych konwencji, klasycznego kryminału czy fantasy. Sporo tu też przemocy i drastycznych scen, bez których nie dałoby się zrealizować serialu przy takim, a nie innym scenariuszu.

Holistyczna Agencja Detektywistyczna Drika Gently-ego wciąga bez reszty. Do tego stopnia, że dwa sezony zejdą nam w weekend. Byłbym jednak ostrożny z tak intensywnym oglądaniem poczynań Dirka i Todda, gdyż w takim natężeniu serial może sporo namieszać pod sufitem. Niestety zakończenie drugiego sezonu nie wyjaśnia praktycznie niczego. Wręcz przeciwnie, stawia przed widzem kolejne pytania, na które jak dotąd nie otrzymaliśmy odpowiedzi. Od kilku lat nikt nie chce nakręcić sezonu trzeciego.

Drugi z seriali ma nieco lżejszy kaliber. Przynajmniej początek sprawia wrażenie, że będzie to tylko lekka komedyjka. Chodzi o Sex Education, z genialną rolą Gillian Anderson, jako seksuolożki i ekscentrycznej matki. Rzecz dzieje się w niewielkiej miejscowości gdzieś w Wielkiej Brytanii. Głównymi bohaterami są wspominana już Gillian, czyli Jean Milburn, jej nastoletni syn Otis i jego przyjaciel Eric. Krąg bohaterów, którym kibicujemy i których lubimy, szybko się jednak powiększa.

Pierwsze odcinki to nieustanny, gromki śmiech oraz odrobina zmieszania. W tym serialu naprawdę otwarcie mówi się o seksie, a nastoletni bohaterowie trochę przerażają swoją rozbuchaną seksualnością i zmanierowaniem. Szybko się okazuje, że wcale nie są tak wyedukowani, jak myśleli, a to jacy są, to tylko pozy, dekoracje, za którymi chowają swoje prawdziwe, niepewne ja. Tutaj swoje miejsce w trudnym, szkolnym środowisku znajduje Otis, dotąd niepopularny i stroniący od tego. Mając za matkę aktywną zawodowo seksuolożkę i wyzwoloną kobietę, Otis, wciąż prawiczek, dużo wie o uprawianiu miłości i psychologi. Wraz z nową znajomą, autsajderką Maeve, uruchamiają sex porady dla uczniów, a z czasem także nauczycieli. Staje się to źródłem wielu zabawnych sytuacji.

Wraz z rozwojem akcji momentów do śmiechu jest zdecydowanie mniej. Pojawiają się poważniejsze tematy jak homofobia i przemoc wobec osób o innej orientacji, molestowanie, psychiczna przemoc domowa czy uzależnienie od narkotyków i trudne relacje rodzinne. Daje się także zauważyć, że twórcy za wszelką cenę chcieli być poprawni politycznie w każdym calu. Mamy tu małżeństwo lesbijek, białej i czarnej kobiety, wychowujące wspólnie dziecko. Jest gej muzułmanin, czarnoskóry gej z akceptującej go, bardzo religijnej rodziny i macho, który okazuje się skrzywdzonym, wrażliwym i skrytym gejem. Trochę za dużo homoseksualizmu i całej tej nowoczesnej filozofii, ale nie zmniejsza to przyjemności i frajdy, jaką daje oglądanie Sex Education. Jak informuje oficjalny spot reklamowy, sezon trzeci powstanie. Kiedy? Tego jeszcze nie wiadomo. Na instagramowych profilach aktorów pojawiają się zdjęcia świadczące o tym, że jeszcze nie rozpoczęły się zdjęcia.

Hollywood to serial, który trzeba potraktować z przymrużeniem oka od początku do końca. Jest tak cukierkowy i chwilami do przesady przyjacielski, że tylko traktując go jako farsę i artystyczny kicz, da się go obejrzeć. Co prawda pokazane są w nim realia branży filmowej w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, ale posłużyły one jedynie jako tło do stworzenia prawdziwe hollywoodzkiej bajki ze szczęśliwym zakończeniem.

Miejscem akcji jest Los Angeles, dokąd przybywają bohaterowie, marzący o sławie i filmowej karierze. Jack Castello, bezskutecznie chodzący na castingi i nabory dla statystów, zatrudnia się na stacji benzynowej, będącej przykrywką dla burdelu. Raymond chce wyreżyserować film, w którym główną rolę zagra Azjatka, a jego czarnoskóra dziewczyna, właśnie dostała kontrakt i marzy jej się dużo rola. Archie, niespełniony scenarzysta, dorabia jako męska prostytutka w kinie dla gejów. Młody, nieśmiały aktor z prowincji odkrywa swoją seksualność.

Oczywiście udaje im się wślizgnąć do Hollywood i zrealizować swoje plany, choć nie bez przeszkód. Są one jednak niczym, w porównaniu z tym, co działo się w rzeczywistości. By uczynić serial bardziej wiarygodnym, umieszczono w nim prawdziwe postacie, jak chociażby Rocka Hudsona, jego odstręczającego menadżera Henrego Wilsona, świetnie zagranego przez Jima Parsonsa, Vivien Leigh czy Hattie McDaniel, niezapomnianą Mammy z Przeminęło z Wiatrem.

Jest to baśń dla dorosłych. Momentami trochę pikantna, ale zasadniczo bardzo grzeczna i kolorowa. Kostiumami i scenografią, które są największym atutem Hollywood, można się zachwycać w nieskończoność. A gdy spojrzy się na całość z dystansem i przypomni sobie któryś z amerykańskich filmów czy seriali telewizyjnych z tamtego okresu, bez problemu zauważy się ironię i oczko, jakie puszczają do nas twórcy. Serial opowiadający o przewrocie w kinie i próbach zrobienia ambitnego filmu, zrealizowany dokładnie w takiej konwencji, jaką jego bohaterowie starają się przełamać.

Ostatnim tytułem, który warto zobaczyć na Netflix, jest już dosyć stara komedia romantyczna z Barbarą Streisand i Jeffem Bridgesem w rolach głównych. Jeff jest przystojnym i genialnym profesorem matematyki na jednym z nowojorskich uniwersytetów. Właśnie wydał swoją książkę, która okazała się bestselerem. Ma jednak pewien problem. Wielką słabość do pięknych kobiet, przy których dosłownie głupieje. Barbara natomiast to przesympatyczna, charyzmatyczna i powszechnie lubiana wykładowczyni literatury. Nieatrakcyjna, bardzo inteligentna i dowcipna kobieta, korzystająca z uroków życia. W głębi duszy jest jednak nieszczęśliwa przedłużającą się samotnością, ograniczana obawą przed odrzuceniem.

Tych dwoje połączy ogłoszenie towarzyskie i relacja oparta na szacunku, przyjaźni i w jakimś stopniu także miłości, lecz nie tej romantycznej, namiętnej. Wszystko idzie dobrze, do momentu, gdy Barbara, czyli Rose, chce skonsumować ich związek. Miłość ma dwie twarze to film w starym dobry stylu. Nieagresywne, inteligentne poczucie humoru, szczypta melancholii i bohaterowie udający teatralnie przerysowanych samych siebie. Ciepła, przyjemna opowieść z morałem. Po obejrzeniu tego filmu z pewnością poczujecie się trochę lepiej.

 


(Visited 411 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.