Fiona Mitchell

Pokój służącej

Są takie tematy, które bardzo się wdzięczą do autora i czytelnika. Jak oprzeć się takiej historii, spoglądającej kokieteryjnie spod długich rzęs, posyłającej nam wiele znaczące uśmiechy? Są takie tematy, których poruszanie w literaturze powinno być warunkowe. Możesz o tym napisać, ale jeśli nie spełnisz takiego i takiego warunku, nie wydamy Ci książki. Fiona Mitchell raczej nie usłyszała czegoś takiego od wydawcy swojej pierwszej powieści.

Pokój służącej nie jest złą książką. Trzeba to wyraźnie podkreślić. Czyta się tę powieść bardzo dobrze, choć chwilami, czytelnik-mężczyzna może poczuć się nieswojo. Jakby przez przypadek znalazł się w damskiej toalecie albo jakimś innym pomieszczeniu, zarezerwowanym tylko dla płci pięknej. Pokój służącej jest tak bardzo kobiecą literaturą. Nic w tym dziwnego, w końcu napisana przez kobietę i opowiada o kobietach. Nie stanowi to też żadnego problemu.

Jest nim natomiast zbyt duże podobieństwo Pokoju służącej do innej znanej powieści o pomocach domowych, czyli do Służących. Opowiadając historię służących z Filipin, ciężko pracujących dla białych dam w Singapurze, Fionie Mitchell trudno byłoby uniknąć zbieżności z historią czarnoskórych służących Kathryn Stoccket. U podłoża obu fabuł leżą nierówności społeczne i klasowe oraz rasowe uprzedzenia.

Z tym że autorka Pokoju służącej w tym wzorowaniu się, poszła kilka kroków za daleko. To nie są już tylko przypadkowe zbieżności. To są wręcz żywcem czerpane pomysły na rozwój akcji, postacie, a nawet zakończenie. Wredna pracodawczyni Tali i autorka paskudnego, rasistowskiego bloga Vanda to nikt inny jak Hilly Holbrook. Również Amber ma w sobie coś z tej amatorki czekoladowych ciast. Początkowo sztywna, nadęta i zarozumiała, jest częścią grupy trzymających władzę, uprzywilejowanych białych pań. Ukrywane problemy emocjonalne i późniejsza, zbyt gwałtowna, przez co daleka od wiarygodności, całkowita przemiana kobiety, sprawiają że zbyt blisko jej do Celii Fote. Za ułomność i odmienność, ją także odrzuciło towarzystwo wzajemnej adoracji.

W posłowiu Fiona Mitchell wyznaje, iż postacie służących zbudowała z wielu kobiet, które miała okazję poznać podczas swojego pobytu w Singapurze. Zapewne tak właśnie było, ale efekt jej pracy jest zupełnie inny. Ma się wrażenie, że Dolly, Tala, Rita i reszta filipińskich pomocy domowych, to bohaterki wręcz żywcem wycięte ze Służących, i wklejone do Pokoju służącej. Zmieniono im tylko imiona i narodowość oraz siłą rzeczy, biografię. Reszta pozostaje niemal identyczna, łącznie z zakończeniem całej historii, które przynosi kobietom niespodziewaną odmianę losu.

Oryginalne są tutaj tylko wątki dotyczące agencji pracy pośredniczącej w zatrudnianiu służących, traktujących je jak żywy towar, oraz wątek niemowlęcia, którym opiekuje się Jules. Ten drugi zresztą bez faktycznego związku z całą resztą, dopisany przez autorkę chyba tylko po to, by u czytającego wycisnąć kilka łez.

Powtarzając się, napiszę jeszcze raz. To nie jest zła książka. Świetnie się ją czyta, a lekturze towarzyszą emocje, które znowuż przywołują skojarzenia z filmem Babel. I tu, i tu lawina wydarzeń, całkowicie zmieniających życie bohaterów, zaczyna się od niewinnego gestu, słowa, postawienia pierwszego kroku. Każda, nawet najbardziej niezwykła historia, rozpoczyna się czymś zwykłym trywialnym, banalnym. Czasem aż trudno uwierzyć, że z czegoś tak niewinnego i małego mogło zrodzić się coś tak dużego. Tala mówi w pewnym momencie, że w życiu czasem trzeba po prostu odpuścić, a wtedy przychodzi coś innego, nowego. I dla tych kilku, może zbyt oczywistych refleksji, warto sięgnąć po tę niezbyt oryginalną powieść, a także dla czystej przyjemności płynącej z lektury.

Wydawnictwo Literackie, 2017


(Visited 348 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.