Paweł Huelle

Talita

Paweł Huelle, niekwestionowany mistrz prozy, powrócił z tomem opowiadań, którymi udowadnia, że jak nikt inny spośród grona rodzimych pisarzy, zasługuje nie tylko na kurtuazyjne nazywanie go mistrzem, ale na wszelkie literackie nagrody i wyróżnienia. Tylko że Huelle sprawia wrażenie, iż mu na tym nie zależy, co też przebija się w jego tekstach.

Istotna dla pisarza jest historia, którą chce nam opowiedzieć, treść, którą przelewa na papier, a nie otoczka towarzysząca byciu poczytnym autorem. Paweł Huelle jest cudownie niedzisiejszym twórcą. Nie eksperymentuje z formą ani z językiem, nie udziwnia swoich bohaterów, nie stara się też podążać za gonitwą myśli i modnych tematów, która zjada współczesną kulturę. Jest bardzo swojski i uniwersalny w tym, jak i o czym pisze. Dziś przyciąga uwagę czytelnika, zmęczonego banalnością i powierzchownością współczesnej literatury, ale także pięknem swojej prozy.

Pierwsze wrażenia z lektury Talita były jednak mieszane, bliższe drobnemu niezadowoleniu, podszytemu nutą rozczarowania. Przede wszystkim dlatego, że są to opowiadania. Dlaczego opowiadania? Przecież kochamy Huelle za powieści i dłuższe formy. Druga sprawa to opowiadanie tytułowe, otwierające ten zbiór, które jakoś tak nie do końca pasuje do Pawła, którego znamy, a spora dawka mroku i beznadziei, towarzysząca czuwaniu przy zwłokach nastoletniej dziewczynki, sprawia, że historia ta odstaje od pozostałych tekstów zebranych w książce.

Dalej nie ma już wątpliwości co do opowiadań, a rozczarowanie znika bez śladu. Z przyjemnością zagłębiamy się w światy kreowane przez gdańskiego pisarza, w których nierzadko odnajdziemy coś z wcześniejszych utworów. Weiser Dawidek czy Śpiewaj ogrody, a nawet coś z Mercedes-Benz, czyli specyficzne, bardzo unikatowe poczucie humoru. Talita nie jest jednak wtórna. To, co dotychczas było tylko delikatnie sygnalizowane przez autora, zainteresowanie nierealnością, nadprzyrodzonością i przenikaniem się tego, co materialne i niematerialne, tu staje się wyraźnie namacalne. Tak, w opowiadaniach tych są elementy realizmu magicznego.

Nie stanowią one jednak clou opowiadanych przez Huelle historii. Wciąż pozostają nim ludzie i ich, każdorazowo niezwykłe życiorysy. Czy to będą zakonnicy zmagający się z diabelskim drzewem, chłopiec przygotowujący się do pierwszej komunii, stary i samotny szewc, pisarz, który utknął w zapomnianym przez Boga i ludzi ukraińskim miasteczku, czy młoda pianistka, której wojna zrujnowała życie, wszyscy są bardzo prawdziwi. I często lekturze towarzyszy wrażenie, że Paweł Huelle pisze o nas, albo o kimś, kogo znamy. W prozie tej można więc przeglądać się jak w lustrze. Może dostrzeżemy coś, nad czym musimy popracować w sobie, coś, co pomoże uporać się z problemem.

Choć nierzadko są to opowiadania mało radosne, wręcz smutne, jak w życiu, gdzie radość i smutek idą razem w parze, mają zbawienny wpływ na czytelnika. Huelle działa trochę jak muzyka, łagodząc obyczaje, ale przede wszystkim zachwyca delikatnością i wrażliwością. Skłania czytelnika do zadumy, nad tym, jak ważne są dla nas spotkania z tym, co nieznane. Każde takie zetknięcie z czymś nowym sprawia, że otwieramy się jak kwiaty w słoneczny dzień, stajemy się lepszą wersja samych siebie, rodzimy po raz kolejny.

Znak, 2020


(Visited 796 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.