Agnieszka Jelonek

Trzeba być cicho

Trzeba być cicho to powieść o nieustannym tonięciu w codzienności i odbijaniu się od dna. Bardzo dziwna to historia. Rozpoczyna się świetnie, zapowiadając smakowitą literacko, bardzo emocjonalną i zaangażowaną prozę. Szybko przekonujemy się niestety, że smak jest ledwo wyczuwalny, jakby przytłumiony przez Covid, a emocje słabe i otępiałe.

Nowa powieść Agnieszki Jelonek to kolejna pozycja z gatunku polskiej literatury umęczonej. Jelonek opowiada o trójce bohaterów, którym w życiu nie jest lekko. Miśkę i jej siostrę porzuca ojciec, a matka jest raczej nieobecna ciałem, często też uczuciowo, w dodatku Miśka bardzo wcześnie zachodzi w ciąże. Theo również wychowywał się bez ojca i, choć mama starała się, żeby tego nie odczuł, brakowało mu męskiego wzorca, bliskiej relacji ze starszym mężczyzną-ojcem. Dlatego też zaprzyjaźnił się z emerytem z sąsiedztwa. Luna, trzecia z głównych bohaterek i żona Theo, miała natomiast aż nadto ojcowskiej i męskiej uwagi w dzieciństwie. Co się za tym kryje, autorka nie wyjawia wprost, ale nie pozostawia też wątpliwości, jakiego rodzaju była to trauma.
Bohaterów, którzy opuścili strefę dzieciństwa z większym bagażem minusów niż plusów, jest więcej. Właściwie każdy jest tu w jakiś sposób skrzywiony przez wydarzenia ze swego dzieciństwa. Lepiej lub gorzej radzą sobie z tym ciężarem, a niektórzy, tak jak brat Luny, wiodą nawet udane i szczęśliwe życie. Tylko Luna nie może sobie poradzić.

Jest to do bólu irytująca postać. Rozmemłana i kwękająca. Sama nie wie, co jej przeszkadza i czego by chciała. Ciężar jej doświadczeń tylko częściowo ją usprawiedliwia. Oprócz niezdrowej relacji z ojcem, w ogólnie chorej rodzinnej atmosferze mocno doskwierało jej wycofanie matki i chłód, jaki jej okazywała. Wiedząc, co było nie tak w jej rodzinnym domu, powiela te same błędy w relacji z Theo. Doprowadza niemal do rozpadu małżeństwa, nie poczuwając się nawet do winy, a przez autorkę będąc rozgrzeszoną. I chyba najbardziej denerwująca cecha Luny. Zamiast wziąć się za kształtowanie własnego życia, jak przystało na dorosłą kobietę, czeka aż ktoś lub coś zrekompensuje jej braki w dzieciństwie. Coś się też dzieje między tą trójką. Theo i Miśkę ciągnie do siebie, ale ostatecznie do niczego nie dochodzi. Lunę, też coś intryguje w drugiej kobiecie, chyba ta różnica w ich charakterach, nadmiernie przez autorkę podkreślana. To również rozchodzi się po kościach.

W żaden sposób nie umniejszam traum opisanych w książce ludzi. Każdy ma inną wytrzymałość. Jednego nie poruszy to, co kogoś innego może zmiażdżyć. W Trzeba być cicho problemy, z którymi borykaj się bohaterowie, są jednak zbyt stereotypowe, jakby wycięte z jakiegoś pseudo-dokumentalnego serialu z Polsatu, i niemal identyczne. A przecież katalog krzywd, jakich w życiu doświadczamy, jest zbiorem nieskończonym. I ta przesadna demonizacja blokowiska. Jakby życie w pięknej wilii, w zabudowie szeregowej, na ekskluzywnym osiedlu czy odludziu nie mogło być jałowym i obfitującym w tragedie, o czym przekonujemy się na przykładzie Zuzy, siostry Miśki. Wielka płyta musi zaś zawsze reprezentować wszystko, co w nas najgorsze. To jednak bolączka nie tylko tej powieści, ale ogólnie polskiej literatury współczesnej.

Nie lepiej jest także z fabularnym stelażem, w którym Jelonek osadziła perypetie swoich bohaterów. Luna i Theo dziedziczą po sąsiedzie stary, od dawna niezamieszkany dom na wsi, z przylegającym do niego stawem. Od razu się wprowadzają, z pominięciem postępowania spadkowego, sprawdzenia, czy nadaje się do zamieszkania, załatwienia ponownego przyłączenia mediów, jeśli w ogóle w starej ruderze były, i zaczynają remont. Niedługo potem na horyzoncie pojawia się ktoś, komu bez zastanowienia oddają posiadłość, jakby nie zapłacili podatku, kosztów notarialnych i nie wykosztowali się na remont, a wszystko to z pensji nauczyciela języka angielskiego i doktorantki. Wieś, w której znajduje się dom, jest rozpita, ordynarna, ale w końcu okazuje się, że także odrobinę przyzwoita, a gniazda os usuwa się w środku dnia, choć każdy chyba wie, a na pewno wujek google, że robi się to po zmroku, gdy wszystkie owady wróciły do gniazda i zapadają w sen.

Wierzę w to, że to tylko uproszczenia, zastosowane przez autorkę specjalnie, by skupić uwagę czytelnika na dramatyzmie i emocjach postaci, a także na walorach artystycznych książki. Tyle że tych ostatnich brak, drama jest średnia, a o emocjach już wspomniano wyżej. Gdyby były one troszkę bardziej dopracowane, na przykład przez swoją różnorodność, zapewne nikt nie zwróciłby na to uwagi, że walorów artyzmu jest tu jak na lekarstwo. Trzeba być cicho to przygnębiająca i nudna powieść, w dodatku świadomie lub nie, niesłusznie ukazuje Polaków jako najbardziej zgnębiony i nieszczęśliwy naród na świecie, ludzi, których lepiej omijać z daleka. Gdyby nie sympatyczna i żywa Miśka, Theo, któremu szczerze można współczuć, oraz fakt, że wydałem na książkę pieniążki, chyba bym jej nie dokończył.

Cyranka, 2022


(Visited 370 times, 1 visits today)

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.